Haters gonna hate

Hejtowanie (z ang. hate – nienawidzić) – plaga XXI wieku. Dotknięci tą chorobą anonimowi użytkownicy Internetu siedzą bezpiecznie przed ekranami swoich komputerów, uzbrojeni w niekończący się zapas bluzgów i inwektyw, które co chwilę wystrzeliwują w kierunku swoich ofiar. A ofiarą może być każdy – hejtuje się wszystko i wszystkich. Nic więc dziwnego, że to zjawisko nie ominęło świata muzyki. 

Tak jak w życiu – gdy ludzie, którzy przestają się kochać, czasami zaczynają się nienawidzić, tak w internetowych hejterów często przemieniają się zagorzali fani, którym nie podoba się nowy styl ich ukochanego niegdyś zespołu. Wszak między miłością a nienawiścią jest tylko cienka linia. Po prostu nie potrafią zaakceptować faktu, że muzycy z reguły nie lubią stać w miejscu, chcą się rozwijać, poszukiwać, poszerzać swoje muzyczne horyzonty, poza tym po kilkunastu latach nie są już tymi samymi osobami, a osobiste doświadczenia również przekładają się na twórczość. Zawsze znajdzie się grupa ortodoksyjnych fanów (a właściwie już eksfanów), która ma zespołowi za złe, że nie jest wierny staremu stylowi, co jest dla nich zazwyczaj równoznaczne z komercją. Co robić w takiej sytuacji? Zaakceptować ten fakt i znaleźć sobie inny ulubiony zespół? Wykluczone! Trzeba wyrazić swoją dezaprobatę w komentarzach w sposób dalece odbiegający od kulturalnej, konstruktywnej krytyki. 

Koncerty? Tylko na YouTube


Takie podejście, choć niedojrzałe, można jeszcze zrozumieć, bo wynika z emocji i niespełnionych oczekiwań. Gorzej, gdy ktoś hejtuje tak po prostu, próbując umniejszyć wartość tych, którzy mają coś do zaprezentowania innym. Najłatwiej wyładować swoje własne frustracje poprzez "pojechanie" komuś – od razu poczujemy się lepsi. Przykład? Muzyk amator (albo ktoś, kto nigdy nie trzymał instrumentu w rękach) ogląda na YouTube fragment koncertu muzyków profesjonalistów i wytyka błędy – a tu perkusista zagrał nierówno, a tu wokalista zafałszował, a tu gitarzysta się pomylił itd. Na tej podstawie wysnuwa wniosek, że ten zespół nie potrafi grać. I od razu pozbywa się wszelkich kompleksów na punkcie swoich (nie)umiejętności. 

Tego typu komentarzy jest mnóstwo, bo w Internecie każdy jest po wyższej szkole muzycznej, ale gdyby taki krytykant poszedł na koncert, zamiast oglądać tylko filmiki na YouTube, to okazałoby się, że nie jest w stanie usłyszeć żadnych potknięć, bo nie zwraca na to uwagi. A nawet jeśli coś wyłapie, to kompletnie mu to nie przeszkadza, bo przyszedł się pobawić i drobny błąd nie jest w stanie tej zabawy zepsuć. Przecież to cały urok występów na żywo – wszystko może się zdarzyć. Jeśli chcę posłuchać muzyki zagranej perfekcyjnie, to włączam sobie płytę. Zresztą bądźmy szczerzy – 90% publiczności nie potrafi nawet skakać ani klaskać w rytm. Wystarczy przejść się na pierwszy lepszy koncert i poczekać na moment, gdy perkusja się ucisza (grają np. same gitary), a ludzie spontanicznie (tudzież zachęceni przez frontmana) zaczynają klaskać – oczywiście każdy do własnego rytmu. 

Często można odnieść wrażenie, że wielu ludzi włącza teledysk na YouTube tylko po to, żeby zostawić swój hejt, bo z komentarzy wynika, że nie podoba im się nie tylko dany utwór czy wykonawca, ale cały gatunek. Jak bardzo trzeba się nudzić, żeby wchodzić na strony z muzyką, której się nie trawi?

Okazuje się jednak, że nawet hejty mogą być inspirujące. CeZik stworzył utwór, którego tekst składa się wyłącznie z autentycznych komentarzy pod jego adresem:



Hejtowanie na salonach


Przykład jak zwykle idzie z góry. Od początku XXI wieku telewizja zalewa nas falą programów opierających się na często bezzasadnej krytyce. Im bardziej się komuś dowali, tym lepiej. Dobrze wiedział o tym Kuba Wojewódzki, kreując w programie "Idol" wizerunek człowieka, któremu nic się nie podoba i który w bardzo bezpośredni sposób wyraża swoją dezaprobatę. Można zatem uznać go za prekursora hejtowania w Polsce, pierwszego hejtera Rzeczpospolitej. W jego ślady próbowało pójść wielu internetowych pseudodziennikarzy, którzy mieli nadzieję, że również zasłyną swoimi złośliwymi artykułami. Przeliczyli się, chociażby dlatego, że brakowało im warsztatu i kompetencji. Ich recenzje były więc chętnie hejtowane przez czytelników (o, ironio).

Sam Wojewódzki obecnie naśmiewa się już nie z początkujących wokalistów (w "X-Factorze" złagodniał do tego stopnia, że wychwala nawet tych, którzy nie umieją śpiewać), a z celebrytów i polityków. Jednak, mimo że niejeden poczuł się śmiertelnie obrażony, Jakub W. robi to zawsze z humorem albo w najgorszym wypadku z sarkazmem. I tym właśnie jego wypowiedzi różnią się od komentarzy większości internautów, którzy na forach, na YouTube i pod przeróżnymi artykułami wylewają jedynie jad. Już niekoniecznie anonimowo, bo znane osoby też potrafią wymieniać się ostrymi hejtami na Facebooku, Twitterze czy blogach. W tym akurat przypadku chodzi o coś więcej niż dowalenie komuś tak po prostu i wyładowanie negatywnych emocji. Wiadomo, że media lubią wszelkiego rodzaju afery, w tym towarzyskie. Uwielbiają też podsycać konflikty "gwiazd", dlatego celebryci mogą być pewni, że ich niepochlebne wypowiedzi na temat innych znanych osób będą cytowane na różnych plotkarskich portalach, tym samym staną się oni tematem wielu artykułów. Cóż, zawsze to jakiś sposób na podtrzymanie zainteresowania swoją osobą. Tak było chociażby w przypadku Sary May – wokalistki, która zasłynęła nie piosenkami (nie znam nikogo, kto słyszał choć jedną), a blogiem, na którym ostro krytykowała innych artystów.  

...

Wszelkiego rodzaju portale internetowe w dużej mierze "żyją" z hejtowania. Jeśli pod artykułem znajduje się sekcja komentarzy, to zawsze jest szansa, że ktoś swoim negatywnym wpisem wywoła żywą dyskusję, a to oznacza większe zaangażowanie czytelników i więcej wejść na stronę (a zatem do dzieła – zostaw swój hejt poniżej). Nie wygląda więc na to, aby zjawisko hejtowania miało się szybko skończyć. Wręcz przeciwnie – kwitnie w najlepsze. Nie zdziwcie się więc, jeśli pewnego dnia zamiast "Hej!" na powitanie usłyszycie "Hejt!".



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza