Amorphis - relacja z koncertu

Wrocław, Alibi, 6.04.2016


6 kwietnia do Wrocławia na jedyny polski koncert przyjechał fiński Amorphis. Obawiałem się, że klub Alibi nie pomieści fanów z całego kraju, okazało się jednak, że jak na tak zasłużony zespół wcale nie było ogromnych tłumów. Zaraz po wejściu do klubu zauważyłem sporo osób wyglądających bardziej na fanów AC/DC czy Deep Purple (40-50 lat i więcej). Początkowo zastanawiałem się nawet, czy ktoś tu nie pomylił koncertów (ja albo oni), ale szybko dotarło do mnie, że przecież ten zespół istnieje już od ponad 25 lat. Mimo to cały czas uważam Amorphis za „młodzieżową” kapelę – w końcu nie grają klasycznego hard rocka. Tak czy inaczej, zawiedli się ci, którzy przyszli ze względu na stare utwory. Ale o tym za chwilę.

Przed gwiazdą wieczoru zagrał grecki Poem grający alternatywny metal, w którym wyraźnie słychać inspiracje Toolem, oraz holenderski progresywno-metalcore'owy Textures. Jestem pod wrażeniem organizacji – wszystkie zespoły rozpoczynały swoje występy punktualnie, zgodnie z rozpiską. Do nagłośnienia również nie mogę się przyczepić, chociaż podczas koncertu Amorphis momentami, szczególnie na początku, wokal nie mógł się przebić.

Grupa oparła swój 90-minutowy set głównie na wydanym w ubiegłym roku, bardzo udanym krążku „Under the Red Cloud”, z którego zabrzmiało sześć utworów. Pojawiły się też m.in. dobrze przyjęte „House of Sleep” z płyty „Eclipse” i tytułowy numer z „Silent Waters” (pełna setlista poniżej). Dość statyczna publiczność rozruszała się tak naprawdę dopiero na dwóch ostatnich utworach – „Silver Bride” i „The Smoke” (i nie mówię o ludziach w średnim wieku, bo pod sceną dominowały młode osoby).

W obecnym składzie, czyli z Tomim Joutsenem na wokalu, Amorphis gra już ponad 10 lat. Wokalista, wyposażony w dziwny mikrofon wyglądający jak suszarka do włosów z dwoma dodatkowymi uchwytami po bokach, przywrócił zespołowi pierwotną energię, którą Finowie gdzieś utracili na początku 21. wieku (albumy „Am Universum” i „Far from the Sun” były niezbyt udanym eksperymentem z rockiem progresywnym). Od 2006 roku konsekwentnie trzymają się stylu będącego połączeniem melodyjnego death-doom metalu z hard rockiem i szczyptą folkowych inspiracji. Nawiązują tym samym do najlepszych albumów z lat 90., czyli „Tales from the Thousand Lakes” i „Elegy”, choć ich obecna muzyka jest bardziej stonowana i jednolita stylistycznie. Jednak na koncercie do tych klasycznych płyt sięgnęli tylko trzy razy. Usłyszeliśmy „On Rich and Poor”, „Drowned Maid”, w którym Joutsena wsparł oryginalny wokalista (obecnie gitarzysta) Tomi Koivusaari, oraz „My Kantele”. Zabrakło niestety takich hitów jak „Black Winter Day” i „Against Widows”, które wydawały się pewniakami. Ale Tomi nagrał z Amorphis już sześć krążków, naturalne zatem jest, że nowsze kompozycje wypierają te starsze. Mimo to czułem niedosyt, bo „Elegy” to dla mnie absolutny numer jeden w dyskografii Finów. Przez 20 lat nie udało im się go przebić.

Setlista:

Under the Red Cloud
Sacrifice
Bad Blood
Sky Is Mine
The Wanderer
On Rich and Poor
Drowned Maid
Dark Path
The Four Wise Ones
Silent Waters
My Kantele
Hopeless Days
House of Sleep

Bis:
Death of a King
Silver Bride
The Smoke




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza