James LaBrie – "Impermanent Resonance" - recenzja

James LaBrie Impermanent Resonance
Wokalista Dream Theater udowodnił, że wciąż ma coś, czego już od dawna brakuje jego macierzystemu zespołowi – łatwość tworzenia chwytliwych kompozycji. Okazuje się, że termin metal progresywny nie tylko nie musi wykluczać się z nowoczesnym brzmieniem, ale nie musi też oznaczać 20-minutowych suit z ciągnącymi się w nieskończoność solówkami gitarowymi i klawiszowymi. Nie brakuje tu wprawdzie solidnych metalowych riffów, klawisze też odgrywają ważną rolę, a i perkusja często przyciąga naszą uwagę, jednak siłą rzeczy na pierwszym planie jest wokal, choć LaBrie nie sili się na jakieś popisy, po prostu śpiewa piosenki. Bo spokojnie można w tym przypadku mówić o piosenkach, mimo że parę numerów ociera się o melodyjny death metal (podobnie jak na poprzedniej płycie i tym razem perkusista Peter Wildoer w kilku kawałkach udziela się wokalnie, wspomagając Jamesa swoimi growlami czy jak kto woli krzykiem).

To bardzo równa płyta, więc nie będę wyróżniał żadnego utworu. Wszystkie trwają około 4 minut i zbudowane są na starej zasadzie: zwrotka – refren. Niezłe odprężenie od kobył Dream Theater, które ostatnimi czasy sprawiają wrażenie przekombinowanych i wydłużanych na siłę, jakby bez pomysłu na całość. Zresztą nie ma sensu porównywać solowej działalności Jamesa z DT, bo Kanadyjczyk już na poprzedniej płycie, "Static Impulse", odnalazł własną drogę, którą teraz z powodzeniem kontynuuje.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza