Dream Theater - "Dream Theater" - recenzja

Dream Theater - Dream Theater
W recenzji solowej płyty Jamesa LaBrie narzekałem, że Dream Theater nie potrafi już tworzyć porywających kompozycji. Ale to było jeszcze przed ukazaniem się ich dwunastego albumu, który zmienia postać rzeczy. Singiel The Enemy Inside nie narobił mi wprawdzie zbyt dużych nadziei, ale po usłyszeniu niespełna 3-minutowego intro False Awakening Suite wiedziałem, że nie będzie to kolejny przeciętny album. Chociaż rozkręca się powoli. Po szybkim, dynamicznym, ale w sumie przeciętnym The Enemy Inside Amerykanie (i Kanadyjczyk) serwują nam spokojniejszy The Looking Glass, mocno zainspirowany Rush. Nic specjalnego. Dalej bardzo intensywny instrumental Enigma Machine i od tego momentu robi się już coraz ciekawiej. Półballadowy The Bigger Picture to pierwszy na tym albumie kawałek przywodzący na myśl najlepsze dokonania DT – chwytliwy refren, zagrane z dużym wyczuciem solo i przede wszystkim pełen emocji śpiew Jamesa LaBrie, który jest w świetnej formie i pokazuje o wiele szerszą paletę barw niż na ostatniej solowej płycie. Nie mniej ciekawy jest Behind The Veil, również z wpadającym w ucho refrenem i spokojnym filmowym wstępem przechodzącym w thrashowy riff. Surrender to Reason wyróżnia się dwoma zaskakującymi zwrotami akcji w ciągu pierwszych 90 sekund, dalej już bez większych niespodzianek. Oklaski tym razem dla Jordana Rudessa za rewelacyjne klawiszowe przejście. Dla odmiany Along For The Ride, czyli drugi singiel, to prosta, piękna ballada w typowo dreamtheaterowym stylu.

Osiem kawałków przelatuje niezwykle szybko. Zespół przyzwyczaił nas wcześniej do bardzo długich rozbudowanych kompozycji, tutaj większość utworów trwa około 6 minut, co tylko wyszło im na dobre. Za to zamykająca płytę kompozycja nr 9, Illumination Theory, to 22-minutowa suita, której jednak daleko do starszych braci: A Change of Seasons, Six Degrees of Inner Turbulence czy nawet Octavarium. Tamte utwory sprawiały wrażenie przemyślanej całości, tutaj mam poczucie chaosu – tak jakby różne, przypadkowe kawałki zlepiono w jedną długą całość. Szczególnie symfoniczny motyw w połowie i fortepianowe outro wspomagane łkaniem gitary, choć piękne, sprawiają wrażenie doklejonych na siłę. Ale to, co oni wszyscy tam wyprawiają na swoich instrumentach, może imponować.



Nie bez powodu krążek zatytułowany jest po prostu Dream Theater. To kwintesencja stylu grupy, znajdziemy tu wszystko to, za co lubimy ten zespół. Nie ma jednak mowy o powielaniu ogranych patentów czy kopiowaniu starych riffów. Ba, znalazło się tu parę nowych elementów (nowych dla DT, nie dla muzyki w ogóle). To album, który chce się poznawać, smakować, odkrywać stopniowo (bo nie sposób ogarnąć wszystkiego po kilku przesłuchaniach) – tak jak za starych dobrych czasów. Wyróżnić trzeba najmłodszego stażem Mike’a Manginiego, który bębni tak, że mógłbym zapomnieć o Mike’u Portnoyu, gdyby nie to, że brakuje mi chórków tego drugiego.

Po kilku słabszych wydawnictwach John Petrucci i koledzy przypomnieli, że są nie tylko wirtuozami, ale przede wszystkim świetnymi kompozytorami. Ostatni utwór trochę psuje to dobre wrażenie, nie zmienia jednak mojej opinii, że to ich najlepszy album od co najmniej dekady. Nie może wprawdzie równać się z takimi dziełami jak Images and Words czy Metropolis 2, ale i tak z czystym sumieniem mogę wyciągnąć z szafy starą koszulkę DT i znów ją założyć.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza