Nightwish - "Endless Forms Most Beautiful" - recenzja

Nightwish - Endless Forms Most Beautiful
Data premiery: 27 marca 2015
Wytwórnia: Nuclear Blast
 
To był chyba najbardziej wyczekiwany album Nightwish. Nie tylko dlatego, że od premiery „Imaginaerum” minęły ponad trzy lata, ale głównie ze względu na to, co działo się w tym czasie wewnątrz zespołu. „Endless Forms Most Beautiful” to pierwsza studyjna płyta nagrana po zmianach personalnych. A zmiany są aż trzy. Za perkusją zasiadł Kai Hahto (Wintersun, Swallow the Sun), zastępując – nie wiadomo, czy tymczasowo, czy na stałe – Jukkę Nevalainena, który boryka się z problemami zdrowotnymi. Skład zasilił Brytyjczyk Troy Donockley, odpowiedzialny za folkowe instrumentarium (flety, dudy itp.). Wcześniej wspomagał grupę zarówno na koncertach, jak i w studiu, teraz został jej pełnoprawnym członkiem. Na „Endless Forms Most Beautiful” udziela się również wokalnie, dzięki czemu zespół ma teraz aż troje wokalistów.

Jednak najważniejsza zmiana nastąpiła oczywiście na stanowisku wokalistki. Odejście Tarji Turunen i zastąpienie jej Anette Olzon oznaczało dla wielu fanów koniec kapeli. Płaski, piskliwy głosik Anette sprawdzał się co najwyżej w spokojniejszych utworach. Na „Imaginaerum” wypadła co prawda dużo lepiej niż na „Dark Passion Play” (być może dlatego, że materiał na „Imaginaerum” był już pisany pod nią) - na tyle dobrze, że już zacząłem się do niej przekonywać (głównie dzięki kawałkom „Scaretale” i „Slow, Love, Slow”, które raczej by nie powstały, gdyby Tarja dalej śpiewała w Nightwish). Nie zmienia to jednak faktu, że przyjęcie Anette na miejsce Tarji było taką samą pomyłką, jaką swego czasu zrobił Iron Maiden, zastępując Bruce’a Dickinsona skądinąd świetnym, ale niepasującym do Maidenów Blayze’em Baileyem.

Gdy świat obiegła wiadomość, że Anette rozstaje się z zespołem, a nową frontmenką zostaje Floor Jansen, wydawało się, że Tuomas Holopainen i spółka poszli po rozum do głowy i wreszcie znaleźli osobę pasującą idealnie do ich muzyki. Wydana pod koniec 2013 roku koncertówka „Showtime, Storytime”, już z Floor na pokładzie, tylko potwierdziła te przypuszczenia. Holenderka znana z After Forever i ReVamp wie, co to śpiew operowy, a jednocześnie ma coś, czego nie miała Tarja – czuje metal i potrafi zaryczeć również w tym stylu. Na „Endless Forms Most Beautiful” Floor śpiewa jednak w łagodniejszy, bardziej stonowany sposób niż chociażby na „Showtime, Storytime”. Na tamtym koncercie dała z siebie wszystko, pokazując, że jest bardziej wszechstronna od Tarji (kto nie wierzy, niech posłucha „Ghost Love Score”). Tym razem można odnieść wrażenie, że używa tylko połowy mocy. W większości utworów jej głos nie przyciąga uwagi tak jak powinien, sprawia wrażenie jedynie kolejnego instrumentu. Jak przekonywał Tuomas, to celowy zabieg, ponieważ wokal miał służyć kompozycjom a nie odwrotnie. Hm, teraz wpadł na taki pomysł? Chować to trzeba było Anette, a jak się ma w składzie taką perłę jak Floor, to się ją eksponuje! W niektórych momentach aż się prosi o intensywniejszy, potężniejszy zaśpiew. Szkoda, że nie wykorzystano jej ogromnego potencjału. To tak jakby zatrudnić jako gitarzystę np. Joe Satrianiego albo Steve’a Vaia i zabronić im grania solówek.



Spore zmiany nastąpiły również w warstwie tekstowej. Wcześniejsze liryki Nightwish, zwłaszcza te z „Imaginaerum”, poświęcone były w dużej mierze wyobraźni i fantazjom. Nowe dzieło Finów to w pewnym sensie album koncepcyjny traktujący o prawdziwym świecie – nauce, naturze i pięknie życia. Tytuł płyty został zaczerpnięty z książki Darwina „O powstawaniu gatunków” (pojawia się tam wyrażenie „endless forms most beautiful”), natomiast tytuł ostatniego utworu „The Greatest Show on Earth” nawiązuje do jednej z książek Richarda Dawkinsa (w wersji polskiej „Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji”). Zresztą sam Dawkins pojawia się tu we własnej osobie. Informacja o współpracy z ewolucjonistą i zagorzałym ateistą wywołała burzę wśród fanów kapeli. Kontrowersyjny naukowiec występuje tu niejako w roli narratora, cytując teksty własne oraz Darwina i spinając album swoistą klamrą – pierwsze i ostatnie słowa na płycie są wypowiedziane właśnie przez niego.

A jaki jest „Endless Forms Most Beautiful” w warstwie instrumentalnej? Przede wszystkim nie tak zróżnicowany i nie tak odważny jak jego poprzednik. W „Imaginaerum” ogromną rolę odegrały partie orkiestry i chórów, które na nowym krążku stanowią – podobnie jak wokal – kolejny instrument, nie mniej ważny od innych, ale i nie bardziej. Zrezygnowano też z filmowego klimatu. Soundtrackowe stylizacje Holopainen zostawił na solowy projekt „Music Inspired by the Life and Times of Scrooge” (wydany rok temu, ale tworzony w tym samym czasie co „Endless…”) i teraz postawił na bardziej zwartą grę zespołową, bez popisów solowych.

Sam lider Nightwish porównuje nową płytę do „Oceanborn” i „Once”. Rzeczywiście słychać tu nawiązania do ery Tarji, szczególnie w dwóch pierwszych numerach. Ale już folkowe „Elan” i „My Walden” (a szczególnie ten drugi, z dość infantylnym refrenem) mocno kojarzą się z „Last of the Wilds” z albumu „Dark Passion Play”. Nie jest to zatem żaden powrót do korzeni, a raczej krok wstecz w stosunku do poprzednich dokonań. Każda kolejna płyta Nightwish zaskakiwała bowiem czymś nowym. Tym razem jedynym zaskoczeniem może być finałowy „The Greatest Show on Earth” - najdłuższa w karierze zespołu, 24-minutowa epicka kompozycja złożona z kilku części. Są tu fragmenty i czysto symfoniczne, i typowo metalowe. Floor wreszcie rozwija skrzydła i pokazuje, co potrafi, przechodząc od śpiewu operowego na początku do metalowego pod koniec. Utwór opowiada historię ewolucji na Ziemi, a w pewnym momencie słyszymy też poniekąd historię muzyki w pigułce – w 15. minucie pojawia się cytat z Bacha („Toccata and Fugue in D minor”), a po chwili uważny słuchacz wychwyci w tle charakterystyczny dla country dźwięk banjo, nawiązanie do „Enter Sandman” Metalliki, a nawet bit nasuwający skojarzenia z techno. A wszystko to w niespełna pół minuty.

„Endless Forms Most Beautiful” to album zespołowy, w którym nikt nie gra pierwszych skrzypiec. Niby to sprawiedliwe, niby wszystkiego jest po równo, ale przez to nic tak naprawdę się tu nie wyróżnia i nie przyciąga uwagi. Brak tu wyrazistych motywów, czy to gitarowych, czy orkiestrowych. Wokal jest za bardzo stonowany i słabo wyeksponowany, perkusja wycofana, lekko przytłumiona (nie wiadomo, czy dla podkreślenia braku Nevalainena, czy może po prostu pod jego nieobecność odpuszczono sobie odpowiednią produkcję bębnów). Chwytliwych fragmentów wprawdzie jest sporo, ale większość z nich nie zapada w pamięć ze względu na swoją wtórność albo nijakość. Nie przekonuje singlowy „Elan”, większego wrażenia nie robi też ballada „Our Decades in the Sun”. Siłę tego krążka stanowią natomiast ostrzejsze kawałki: „Shudder Before the Beautiful”, „Weak Fantasy” i „Yours is an Empty Hope” oraz przede wszystkim rewelacyjny finałowy „The Greatest Show on Earth”. Te cztery z jedenastu utworów czasowo wypełniają połowę płyty, więc już jest dobrze, a jeśli dodać do nich intrygujący instrumentalny przerywnik „The Eyes of Sharbat Gula” i udany numer tytułowy, to również ilościowo bilans wychodzi na plus. Tak, mimo tych wszystkich wad, „Endless…” to kawał naprawdę dobrej muzy. Problem w tym, że to trochę za mało, bo Nightwish ma w swojej dyskografii pozycje wybitne. Nie ma co jednak narzekać, bo dostaliśmy klasyczny „nightwishowy” album. A że apetyty były większe, to już inna sprawa.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza