Paradise Lost - "The Plague Within" - recenzja

Paradise Lost - The Plague Within
Gatunek: gothic/doom metal
Data premiery: 1 czerwca 2015
Wydawca: Century Media
Pochodzenie: Wielka Brytania
Kup płytę - porównaj ceny

Z Paradise Lost nie sposób się nudzić. Każdy album Anglików jest inny. Zaczynali od doom/death metalu i stopniowo przemieszczali się w kierunku coraz bardziej melodyjnego metalu gotyckiego (do "Draconian Times" włącznie), aż do gotyckiego rocka ("One Second"), by w końcu zboczyć w rejony synth rocka, ocierając się o klimaty Depeche Mode ("Host"). Tutaj zawrócili i krok po kroku, płyta po płycie, wycofywali się i wracali do coraz cięższego grania. Poprzedni krążek, "Tragic Idol", nawiązywał do ich najlepszych dokonań - "Icon" i "Draconian Times" i tym samym ustawił poprzeczkę wysoko.


Na swoim najnowszym, czternastym już albumie panowie cofnęli się do korzeni i po raz pierwszy od czasów pamiętnego "Gothic" wykorzystali death metalowe wokale. Nie wiem, czy przyczyniła się do tego współpraca Nicka Holmesa z projektem Bloodbath, w każdym razie Holmes przypomniał sobie, jak się growluje, chociaż jego ryk nie miażdży już tak jak na początku lat 90.



W warstwie muzycznej nowa płyta nie jest jednak powtórką z "Gothic" czy "Lost Paradise". "The Plague Within" to bodajże najbardziej zróżnicowany krążek PL i pierwszy, który nie ma wyraźnie wyznaczonego kierunku. Zespół garściami czerpie ze swoich dokonań z różnych okresów (a ma z czego wybierać) i dodaje do nich nowe elementy. Growling przeplata się z czystym śpiewem, raz bardziej agresywnym, raz zupełnie łagodnym. Doom metalowe walce "Beneath Broken Earth" i "Sacrifice the Flame" kontrastują z deathowym "Flesh from Bone" z jednej strony (tak szybkiego tempa u Paradise Lost nie pamiętam) i z chwilami niemal stoner rockowym "Cry Out" z drugiej. Nie zabrakło nawiązań do złotego okresu, czyli albumów "Shades of God", "Icon" i "Draconian Times", zwłaszcza w "An Eternity of Lies" czy "Punishment Through Times", który momentami brzmi jak wolniejsza wersja "Pity the Sadness". Jakby tego było mało, gdzieniegdzie pojawiają się też partie orkiestry.



Ale te wszystkie skrajności całkiem nieźle się ze sobą komponują i sprawiają, że nie ma mowy o monotonii. Tym bardziej, że zmiany tempa i nastrojów występują w obrębie pojedynczych utworów, wszystko zatem jest odpowiednio wyważone i wymieszane, a poszczególne elementy nie gryzą się ze sobą, lecz tworzą całkiem strawną i na dodatek bardzo smakowitą miksturę. Paradise Lost wraca do korzeni, ale nie odgrzewa kotletów, jak to robią niektóre kapele, tylko udowadnia, że wciąż ma do zaoferowania coś świeżego. "The Plague Within" nie jest wprawdzie przełomowym dziełem w karierze zespołu, ale powodów do narzekań absolutnie nie ma.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza