Anthrax - "For All Kings" - recenzja

Anthrax - "For All Kings"
Data premiery: 26.02.2016
Wydawca: Megaforce Records

Scott Ian zapowiadał ten krążek jako najbardziej metalowy album Anthrax od bardzo dawna. Ja jakoś nie słyszę, żeby „For All Kings” był bardziej metalowy niż jego poprzednik „Worship Music”. Pamiętajmy jednak, że z całej tzw. wielkiej czwórki thrash metalu to właśnie Wąglik w latach 80. grał najbardziej melodyjnie i najchętniej eksperymentował z innymi gatunkami, a z drugiej strony w latach 90. nie zmienił swojego stylu tak radykalnie jak Metallica i Megadeth. Mówimy więc o niuansach, a tak naprawdę „For All Kings” nie jest ani lepszy, ani gorszy od wydanego pięć lat wcześniej „Worship Music”. Powiedziałbym nawet, że tamta płyta była bardziej przekonująca, choćby dlatego, że stanowiła nowe otwarcie. Wraz z powrotem Joeya Belladonny zespół wrócił do klasycznego stylu, kontynuując kierunek obrany na „State of Euphoria” i „Persistence of Time” (tak jak Metallica na „Death Magnetic” – niby nic nowego, ale fani mieli radochę, że kapela wraca, przynajmniej częściowo, do thrashowych korzeni). Ale drugi taki sam album, mimo że wcale nie gorszy, nie wchodzi już tak gładko.

No dobra, skoro wrócili do takiego stylu, to trudno teraz wymagać, żeby znów zaczęli eksperymentować, mogą tylko udoskonalać formułę i tworzyć coraz lepsze kompozycje. I tu jest pies pogrzebany. Na „For All Kings” jest za mało utworów, które się wyróżniają i zapadają w pamięć. Do pierwszych trzech kawałków właściwie nie można się przyczepić – na początku atakuje szybki, agresywny „You Gotta Believe”, następnie mamy wolniejszy, przebojowy, ale wciąż intensywny „Monster at the End” i znów szybszy, ale melodyjny numer tytułowy. W szybkich momentach, gdy Anthrax gra w tym charakterystycznym dla siebie nabijanym rytmie, jest naprawdę dobrze. Gdy zaczynają dominować średnie tempa (a tych jest tu zdecydowanie najwięcej), zespół traci impet. Wyjątkiem jest „Blood Eagle Wings”, ale o nim za chwilę.

Zwrotka „Breathing Lightning” kojarzy się trochę z „Indians”, ale rozmemłany refren przypomina czasy, gdy za mikrofonem stał John Bush. „Suzerain” uderza ciężkim riffem, ale nic ciekawego ponadto nie jest w stanie zaproponować. Ożywienie przychodzi wraz ze świetnym „Evil Twin” – tu znów króluje thrash. Następny w kolejności jest wspomniany „Blood Eagle Wings” – najwolniejszy, a zarazem jeden z najciekawszych fragmentów płyty, wyraźnie odróżnia się nie tylko od reszty kawałków, ale i w całej twórczości nowojorczyków próżno szukać jego odpowiednika. Mimo blisko ośmiu minut trwania ani przez chwilę nie nudzi, czego nie można powiedzieć o kolejnej propozycji – „Defend Avenge” nie jest złe, ale w porównaniu do wcześniejszych dwóch numerów sprawia wrażenie wypełniacza. Zresztą podobnie jak „All of Them Thieves” i „This Battle Chose Us”, które łączy jedno – rozkręcają się dopiero w drugiej połowie i to je ratuje. A całą płytę ratuje mocna końcówka w postaci „Zero Tolerance”. Jak na niecałe cztery minuty naprawdę sporo się tu dzieje. To najbardziej nieprzewidywalny i agresywny utwór, z odrobiną szaleństwa, niegdyś typowego dla tej kapeli – tutaj dopiero słychać prawdziwy Anthrax. Można? Można! I właśnie takich kompozycji tu brakuje.

Bardzo dobry początek, dwa świetne kawałki w środku i rewelacyjna końcówka – to razem cztery ponadprzeciętne utwory. Cała reszta na trójkę z plusem. Duży plus należy się też za brzmienie, szczególnie dobrze słyszalny bas, który nie tylko robi doły, ale też nadaje muzyce trochę przestrzeni – to w dzisiejszych czasach rzadkość. Słowa uznania również dla nowego gitarzysty Jona Donaisa z Shadows Fall, który zagrał kilka niezłych solówek.

Thrash metal od paru lat przeżywa swój renesans, niestety opiera się on głównie na sentymencie do starego grania. Zespoły takie jak Anthrax, Megadeth czy Slayer korzystają z wypracowanych przed laty patentów, w dodatku brakuje im już tej młodzieńczej energii. Ale one już swoje zrobiły i można się tylko cieszyć, że wciąż koncertują i nagrywają całkiem przyzwoite albumy. Gorzej, że nowe kapele nie rozwijają gatunku, tylko też powielają to, co robili ci starzy, gdy byli jeszcze młodzi. Być może wszystko co najlepsze w thrashu zostało już zrobione w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Przydałoby się jednak pchnąć to do przodu zamiast ciągłego patrzenia w przeszłość. Inaczej będziemy słuchać tylko raz lepszych, raz gorszych kopii tego co już dobrze znamy, a na tym daleko się nie zajedzie.







Podobne artykuły:
Megadeth - "Dystopia" - recenzja
Slayer - "Repentless" - recenzja
"Coverta" Adrenaline Mob vs "Anthems" Anthrax




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza