Anthrax - "Persistence of Time"


Anthrax - "Persistence of Time"
Gatunek: thrash (?) metal (patrz niżej)
Data premiery: 21.08.1990
Wydawca: Island Records
http://www.anthrax.com

Utwory:
1. Time
2. Blood
3. Keep It in the Family
4. In My World
5. Gridlock
6. Intro to Reality
7. Belly of the Beast
8. Got the Time (Joe Jackson cover)
9. H8 Red
10. One Man Stands
11. Discharge

Skład:
Joey Belladonna – wokal
Dan Spitz – gitara prowadząca
Scott Ian – gitara rytmiczna
Frank Bello – bas
Charlie Benante – perkusja


Persistence of Time - tytuł i okładka

Anthrax - "Persistence of Time" - alternatywna okładkaTytuł „Persistence of Time” został zainspirowany słynnym obrazem Salvadora Dali „Persistence of Memory” (znanym również pod nazwą „Cieknące zegary”). Według pierwotnej koncepcji zegar na okładce miał się topić, tak jak na obrazie Dalego, jednak autor okładki Don Brautigam nie zastosował się do tych wytycznych. Zespołowi rysunek spodobał się jednak na tyle, że postanowił go zostawić. „Cieknący” zegar trafił dopiero na okładkę specjalnej reedycji wydanej z okazji 30-lecia płyty.




Gatunek


Mimo że „Persistence of Time” jest ostrzejszy i mroczniejszy od „State of Euphoria”, Scott Ian nie zalicza go do thrash metalu.

– Wiedzieliśmy, że „Persistence Of Time” nie będzie thrashowym albumem. Nie minęły nawet trzy lata od wydania „Among The Living”, a my nie czuliśmy już związku z tą sceną. Byliśmy więksi i lepsi, więc nie chcieliśmy, żeby zaszufladkowano nas w kategorii thrashu. Chcieliśmy, żeby traktowano nas na równi z Judas Priest i Iron Maiden. Zmienialiśmy się, ewoluowaliśmy i badaliśmy inne obszary ciężkiej muzyki – opowiada Scott Ian w swojej autobiografii. (…)

– Od momentu wydania „State Of Euphoria” czułem, że zegar tyka – być może dlatego przewijającym się motywem na „Persistence Of Time” jest właśnie czas. Choć „Spreading The Disease” i „Among The Living” były ostre i thrashowe, to szczerze mówiąc, nigdy nie schlebialiśmy thrashowej publiczności. Wciąż stawialiśmy sobie i naszym fanom wyzwa¬nia, bo chcieliśmy, żeby nasza muzyka ewoluowała. Może to jeden z powodów, dlaczego wciąż istniejemy. Gdyby „State Of Euphoria” był „Among The Living II”, a „Persistence Of Time” był „Among The Living III” pewnie znudzilibyśmy się i rozpadli najpóźniej w 1992 roku.



Wokale


Lider i gitarzysta Anthrax w książce „I’m the Man” wspomina również o problemach z Joeyem Belladonną. Ian jest autorem tekstów i nie podobało mu się to, w jaki sposób wokalista je interpretował.

– Przestało mi się podobać to, że moje słowa, myśli i uczucia będzie wyrażał ktoś inny. Nie miałem problemu, jeśli tekst dotyczył twórczości Stephena Kinga albo komiksów, ale teksty na „Persistence Of Time” były niezwykle osobiste i kiedy Joey źle interpretował piosenki o moim rozbitym małżeństwie, doprowadzał mnie tym do szału. (…)

Kiedy myśleliśmy, że wszystko jest już tak jak powinno, zaczynał śpiewać i okazywało się, że coś jest nie tak. Też był sfrustrowany, bo nie rozumiał, o co mi chodzi, kiedy mówiłem, że utworom potrzebne są inne emocje. Próbował śpiewać z większym gniewem, z większą surowością, ale problem polegał na tym, że to nie były jego teksty, tylko moje. Moje przemyślenia, moje uczucia, moje pomysły. Czy potrafiłby oddać mój zwichrowany stan ducha? Może nikt nie potrafił. Muzyka na „Persistence Of Time” była znacznie głębsza, gęściejsza i mroczniejsza niż wszystko, co do tej pory zrobiliśmy. Bliżej jej było do „Sound Of The White Noise” niż do „State Of Euphoria”. A mimo to nie dało się odczuć jej charakteru z powodu niepasujących linii wokalnych Joeya.

Byłem sfrustrowany. Czułem, że napisałem najlepsze teksty w mojej karierze, ale głos Joeya do nich nie pasował. Kiedy śpiewał „Keep It In The Family”, brzmiał wesoło. Mówiłem mu: Stary, to nie jest wesoła piosenka. Ona traktuje o rasizmie.

„Belly Of The Beast” opowiada o Holocauście, ale kiedy Joey śpiewał, nie potrafił oddać ciężaru i doniosłości słów. Frazowanie i rytm w utworze „Time” były wymagające i dopiero po wielu próbach Joey zbliżył się do atmosfery, którą chciałem wykreować.

Było to dla mnie szczególnie irytujące, bo „Time” opowiada o starzeniu się, jest dla mnie wyjątkowo osobisty. Miałem dwadzieścia sześć lat, rozpadło się moje małżeństwo, zmienił się mój świat, ale świat Joeya pozostał niezmieniony. Joey nie rozwijał się razem z zespołem i nie mogłem nic na to poradzić. Nie mogłem znieść tego, w jaki sposób śpiewał moje słowa. Rwaliśmy sobie włosy z głowy, żeby wydobyć z niego to, co najlepsze.


Źródło cytatów: „I’m the Man. Autobiografia tego gościa z Anthrax”, Wydawnictwo In Rock, tłumaczenie: Robert Filipowski 
 


Teledyski 

 






Archiwalne recenzje


Rock’N’Roll nr 12/1990 (ocena: 4/5)

...ani śladu zaraźliwego entuzjazmu przechodzącego w euforię, ani śladu rozpędzonej skateboardowej beztroski, ani śladu tej cholernie inteligentnej przewrotności, która kazała gruchotać zakręcone acz chwytliwe i wesołe linie wokalu o niemiłosiernie toporną fasadę brzmienia... Słowem ani śladu po „State of Euphoria”, płycie, która doprowadziła niezbyt chłonnych ortodoksów do spazmatycznego bełkotu o tzw. komercjalizacji.

Słuchanie „Persistence of Time” to kolizja z mężnie i prężnie wirującym śmigłem aeroplanu. Nieustanne, mechaniczne natarcie soundu, nieludzkiego a katalizującego eksplozję sprężonej energii.

Bezlitosna rifferama i intensywność, przy których siły natury to żałosny strumyczek powiatowy tworzą tu klaustrofobiczny, rdzawobrunatny nastrój nijak nieprzystający do dotychczasowego wizerunku Anthrax. Pstrokate gacie już spalone. W „Persistence of Time” przeglądają się frustracje. Gorycz, strach, hipokryzja, rasizm, nienawiść i ból. Not very rock'n'roll, eh? I być może dlatego, że zrodzony z osobistych złych przeżyć, album a zatem i firma pozostają wiarygodni. Szkoda tylko, że zespół rezygnuje z odjazdów do dzielnic rapu (jedynie posmak w „Keep It in The Family”) czy hard core i daje płytę konsekwentną, ale chyba nazbyt homogeniczną i jednostajną jak czas. Nie wieńczy dzieła wyładowaniem, jakąś orgazmiczną robinsonadą na miarę „Gung – Ho” czy „Indians”. Rolę jedynego comic relief pełni cover „Got the Time” Joe Jacksona, bardzo fajny wygłup przecięty solówką basu, na jaki mogliby się zdobyć tacy The Ramones, gdyby umieli grać.

W epoce „Spreading the Disease” Anthrax znaczyło tyle, co Anthrash, na czas obowiązywania „Persistence of Time” niech będzie to odrobinę pretensjonalne Art-thrash.

Krzysztof Wacławiak



Magazyn Muzyczny nr 12/1990 (ocena: 8/10)


Tykanie zegara. Coraz szybciej i szybciej... aż do czterech werbli na sekundę – tak Anthrax rozpoczyna swą nową płytę. Przez cały pierwszy numer nazwany po prostu „Time” perkusja równomiernie odlicza ułamki sekund – to może stać sie nudne i męczące, ale bez wątpienia nawiązuje do tytułu płyty i utworu. Także w innych kawałkach dwie „stopy” Charliego Benante stanowią stały element. W „Gridlock” to już prawie przegięcie. Po tym, co usłyszałem, trudno posądzić Anthrax o skłonność do kompromisów, zaś łatwo o fascynacje hard corem. Szaleńcze tempo, solówki z piekła rodem. Prawie cała płyta utrzymana jest w dołujących, czarnych klimatach, dzięki surowemu, brudnemu brzmieniu gitar. Bezwzględną większość utworów z „Persistence...” łączą także pewne schematy aranżacyjne – najpierw czadujemy i śpiewamy, a pod koniec gramy solówkę (robimy to naprawdę dobrze!), w czasie której gitara rytmiczna, bass i bębny spajają sie w jedną, rąbiąca uszy całość. To właśnie w czasie tych przygniatających „podkładów” pod popisy Scotta lana, słychać świetne zgranie drugiego gitarzysty (Dan Spitz) z pałkerem – „urywane” riffy wspomagają werbel.

Pewien kontrast dla bardzo ostrej muzyki stanowi głos Joeya Belladonny. Dodaje on życia i melodii do szorstkich partii gitarowych, jest przejrzysty i pewny – Joey to przecież jeden z najlepszych thrashmetalowych wokalistów. On chyba najbardziej przydaje Anthraxowi oryginalności. W śpiewie Belladonny słychać też inspiracje rapem (np. „Keep It In The Family”, „Blood”), do których członkowie tego zespołu zdążyli nas już przyzwyczaić.

Dwa utwory zwracają uwagę przez swoje odstępstwo od thrashowych kanonów: instrumentalny „Intro To Reality” (połączony z „Belly of the Beast”) i doskonały punk „H8 RED”. Ten pierwszy to zasłużony odpoczynek po wspomnianym już „Gridlock”, a w drugim czekasz, aż któryś z „czyraków” krzyknie „Oi!!!”. Tak szczerze, to „H8 RED” słucham codziennie rano – działa jak Biovital. Tylko w tym kawałku reszta zespołu pozwoliła Frankowi Bello (bass) pokazać swoje skondensowane w solówce umiejętności.

Myślę. że zniecierpliwieni fani amerykańskiej piątki – po dwóch latach oczekiwania nowego LP – powinni być zadowoleni.
Igor Stefanowicz





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza