Sabaton – "Carolus Rex" - recenzja

Sabaton Carolus Rex
Muzyka Sabaton ma dwie poważne wady. Pierwsza: ich kawałki są do siebie dość podobne. Większość jest utrzymana w jednym w dwóch temp – szybkim, typowym dla power metalu (chociażby słynne „40:1”) i średnio-wolnym, kroczącym, ale nie nadającym się do spaceru, a raczej do rytmicznego potrząsania głową z góry na dół, ewentualnie wyrzucania pięści w powietrze (np. drugie pod względem słynności - oczywiście w Polsce - „Uprising”). Ale to jeszcze nie byłoby takie złe, bo dużo zespołów nagrywa piosenki w podobnym rytmie. Jednak wada numer 2 sprawia, że bądź co bądź chwytliwe utwory Szwedów nie są w stanie pochwycić mnie na dłużej. No bo czym? Melodyjnymi refrenami? Chętnie, jeśli tylko oprócz nich poszczególne utwory wyróżniałyby się jakimś soczystym riffem albo nieoczekiwaną zmianą tempa czy nastroju. Bez takich elementów słucha się tego jak popu – o wszystkim decyduje refren, który prędzej czy później się znudzi. Po okresie zapoznawczym, który trwa zazwyczaj kilka-kilkanaście dni i w trakcie którego słucham każdej nowej płyty co najmniej raz dziennie, nie mam już za bardzo ochoty wracać do ich muzyki.

Z „Carolus Rex” było jednak inaczej, przynajmniej w połowie. Pięć pierwszych utworów nie wnosi do wizerunku grupy nic nowego poza tym, że klawisze i (zwłaszcza) chóry brzmią tu potężniej niż na wcześniejszych płytach. Nowością jest to, że „Carolus Rex” pod względem tekstowym to koncept album. Tym razem Szwedzi nie podlizali się ani nam, ani żadnemu innemu narodowi i opowiadają tylko o swojej historii i to tej dość odległej, kiedy Szwecja była imperium rządzonym przez Karola XII. Naturalne jest zatem, że krążek został wydany również w szwedzkiej wersji językowej.

„The Lion From The North” jest niezłym otwieraczem, ale mam wrażenie, że motyw przewodni słyszałem już w twórczości Szwedów nieraz. „1648” chwilami bardzo kojarzy się z „40:1”, z kolei „Carolean’s Prayer” to kolejny kawałek z serii, do której należą „Rise of Evil”, „The Art of War” czy „Uprising”. „Gott Mit Uns” i ballada „Lifetime of War” są do przełknięcia bez większych problemów, ale dopiero od siódmego utworu robi się naprawdę ciekawie. Numer tytułowy to coś, czego jeszcze nie było. Jest majestatyczny, pełen patosu, ale w pozytywnym znaczeniu - właśnie taki powinien być. Nie ustępują mu dynamiczne „Killing Ground” i „Poltava” oraz spokojniejszy „Long Live The King”. Cztery naprawdę świetne kawałki pod rząd. Całość wieńczy „Ruina Imperii”, który byłby równie dobry co jego poprzednicy, gdyby nie ten klawiszowy motyw, bardzo podobny do „Lion From The North”, który z kolei, jak wspomniałem, przypomina starsze utwory - mam zatem podwójne deja vu. 

Na różnych specjalnych edycjach można jeszcze znaleźć trzy bonusy - trzy zaskakujące, rewelacyjnie zagrane covery. „In The Army Now” (znany najbardziej z wykonania Status Quo) jeszcze można się było spodziewać, bo tematyka jest bliska Sabatonowi, ale „Feuer Frei” Rammsteina to już spora niespodzianka (Joakim zaśpiewał prawie tak ostro i nisko jak Til Lindeman). Jednak absolutną petardą jest „Twilight of the Thunder God” – kawałek z repertuaru deathmetalowego Amon Amarth zyskał na melodyjności, ale nie stracił nic ze swojej pierwotnej siły, co częściowo jest zasługą growlującego w nim Petera Tägtgrena.

„Carolus Rex” z pewnością nie jest najlepszym albumem Sabaton, ale to pierwsza płyta Szwedów, do której wracam w miarę często – przynajmniej do drugiej połowy i do coverów.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza