Koncert Sabaton, Eluveitie, Wisdom - Wrocław, Hala Orbita, 1.03.2013

Sabaton bilet
Do Sabatonu mam stosunek ambiwalentny. Muzyka tej grupy niczym nie zaskakuje, za to przytłacza patosem. Jest wiele zespołów, które bardziej zasługują na rozgłos, jaki zyskali Szwedzi. I nie oszukujmy się – gdyby nie kawałki „40:1” i „Uprising”, chwalące bohaterstwo Polaków, Sabaton nigdy nie pojawiłby się w głównym wydaniu telewizyjnych wiadomości i dalej miałby w Polsce status kapeli niszowej, znanej tylko najbardziej zagorzałym fanom power i heavy metalu. Zamiast w kilkutysięcznych halach nadal graliby w małych klubach (wokalista Joakim Brodén podczas wrocławskiego koncertu wspominał ich pierwszą wizytę w Polsce w roli headlinera – w Krakowie bawiło się wtedy 80 osób, w Warszawie 280). Z drugiej strony, nie można powiedzieć, że nie potrafią porwać tłumów. Na scenie tryskają energią, a chwytliwe, melodyjne hymny doskonale sprawdzają się na żywo. 1 marca 2013 miałem kolejną już okazję, aby się o tym przekonać, choć głównym wabikiem był dla mnie tym razem Eluveitie.

Na początku muszę pochwalić organizację. Wszystkie występy rozpoczynały się tego wieczoru punktualnie, zgodnie z rozpiską – niby nic wielkiego, ale uczestniczyłem już w tylu opóźnionych koncertach, że brak jakiejkolwiek obsuwy jest dla mnie czymś niecodziennym i godnym odnotowania. Nietypowy był również sposób przechodzenia przez bramkę - ochrona kazała każdemu rozpiąć kurtkę i podciągnąć rękawy (nie można było wejść z pieszczochą na ręce). Okazało się też, że regulaminowy zakaz posiadania butów o metalowych zakończeniach nie jest zapisem martwym. Przed wejściem ochroniarz wypatrzył „nosiciela” takich butów (z blachą na wierzchu) i powiedział mu, że nie ma szans, żeby wszedł. Czy ostatecznie udało mu się wejść, czy musiał jechać do domu i zmienić buty, ewentualnie czy oglądał koncert w samych skarpetkach – tego niestety nie wiem. Ale konkluzja jest jedna – wreszcie organizator położył nacisk na bezpieczeństwo a nie tylko na zysk i ochroniarze koncentrowali się bardziej na niebezpiecznych przedmiotach niż na alkoholu. Bo zazwyczaj ochrona sprawdza, czy nie wnosisz piwa. Z nożem czy pistoletem na większość imprez wejdziesz bez problemu, nie wspominając już o opaskach z ostrymi ćwiekami, którymi możesz wybić komuś oko w młynie.

Thank you UERY much

Pierwszego dania wieczoru - grupy Wisdom - nie znałem, ale wyglądało na to, że spora grupa pod sceną słyszy muzykę Węgrów nie po raz pierwszy (nie są to debiutanci - Wisdom istnieje już ponad dekadę i ma na koncie dwa pełne albumy i dwa EP). Pod koniec półgodzinnego setu już większość zgromadzonych na sali ludzi rytmicznie klaskała i krzyczała Hej! W pewnym momencie wokalista zakrzyknął „Scream for me Wrocław!” - już chciałem psioczyć, że perfidnie plagiatuje Bruce’a Dickinsona, ale zrobił to nie bez powodu, bo po chwili zabrzmiało całkiem sprawnie wykonane „Wasted Years” z repertuaru Iron Maiden.



Nie jestem fanem typowego power metalu, ale muszę przyznać, że słuchało się ich bardzo przyjemnie. Jakościowo na pewno wyróżniają się na tle wielu podobnych kapel. Ale frontman powinien podszlifować angielski. Kilkakrotnie powtarzał na przykład „Thank you UERY much”. Człowiek, który zna po angielsku trzy słowa, wie, że "very" wymawia się przez w, dlaczego zatem nie wie tego ktoś, kto wszystkie teksty śpiewa w języku Szekspira?

Dziewczyny w młynie

20 minut przerwy i na scenie się zagęściło, bo obok klasycznego metalowego składu (wokal, dwie gitary, bas, perkusja) pojawiła się skrzypaczka i facet, który dmuchał… a to we flet, a to w dudę. Żeby takich dwuznacznych skojarzeń było więcej, trzeba powiedzieć, że w momentach, kiedy nie używał fletu, trzymał go oburącz na wysokości swojego krocza, wprawdzie nie pionowo, ale i tak wyglądało to dość dziwnie. Miłym akcentem była polska flaga przytwierdzona do dudy. Zabrakło niestety Anny Murphy (drugi wokal i instrument o wdzięcznej nazwie hurdy gurdy znany u nas lepiej jako lira korbowa), która z powodu choroby nie mogła uczestniczyć w trasie. Nie usłyszeliśmy więc „A Rose For Epona” ani „Alesia”, a „Luxtos” bez jej wokalu wiele stracił. Zespół siłą rzeczy skoncentrował się na szybszych, ostrzejszych utworach, opierając 50-minutowy występ głównie na ostatniej płycie „Helvetios”. Ze starszych kawałków zabrzmiały „Thosandfold” i „Inis Mona” z chóralnie odśpiewanym refrenem. W pewnym momencie wokalista poprosił dziewczyny o zrobienie młynu - kilka odważnych się znalazło.



O ile Wisdom idealnie pasował na rozgrzewkę przed Sabatonem, o tyle umieszczanie w tej roli folkowo-deathmetalowego Eluveitie było małym nieporozumieniem. Po pierwsze, to dwa różne światy, a jedyne, co łączy te zespoły, to utwór zatytułowany „Uprising” (ale traktujący o zupełnie innych powstaniach). Wiele osób (w tym piszący te słowa) przyszło głównie dla Szwajcarów, a zagorzali fani Sabatonu nie wiedzieli, o co chodzi. Po drugie, Eluveitie zasługuje na to, by grać trasę jako headliner. Ja w każdym razie czekam na ich pełny koncert w pełnym składzie. 

Dęsia spórka i penis air conditioning

Niecałe pół godziny po zakończeniu występu Eluveitie z głośników popłynęło „The Final Countdown”, którego Sabaton używa jako pre-intro. Potem właściwe intro – „March to War” i oczom wszystkich ukazały się dwie znajome twarze. Dwie, bo po roszadach personalnych, jakie miały miejsce w ubiegłym roku, z pierwotnego składu zostali tylko Joakim Brodén i basista Pär Sundström. Sabaton tworzy obecnie pięć osób, a partie klawiszy lecą z puszki, co niestety było głównym mankamentem wrocławskiego koncertu. Nie dość, że klawisze w wersji studyjnej brzmią plastikowo (szczególnie na starszych płytach), to jeszcze były odtwarzane zbyt głośno w stosunku do innych instrumentów. „Żywy” parapet (wraz z akustycznymi gitarami) mogliśmy zobaczyć i usłyszeć tylko podczas „Hammer Has Fallen” - ballady z pierwszego demo grupy. Przed jej wykonaniem Joakim drażnił się z publiką, grając początek „Jump” Van Halen.

Zabawnych sytuacji było zresztą więcej. Wokalista w czasie koncertu nauczył się nowego zwrotu po polsku – „gęsia skórka”, wymawiając za pierwszym razem „dęsia spórka”, a potem powiedział, że co kilka sekund słyszy „kurwa” i „piwo” i nie ufa już nam jako nauczycielom polskiego. W pewnym momencie rozpruły mu się spodnie w kroku, co skomentował słowami „penis air conditioning”. Wziął też do rąk polską flagę i próbował wywijać nią jak Dickinson na „The Trooper”. Dowcip polegał jednak na tym, że flaga była o wiele mniejsza i w jego rękach bardziej przypominała chorągiewkę. Oczywiście było też obowiązkowe „Jeszcze jedno piwo!”. Joakim wychylił kufel w kilka sekund, po czym, zachęcony przez publikę, opróżnił kolejny. Na trzeci nie dał się już namówić. Dzięki takim przerywnikom każdy koncert jest inny – nawet jeśli frontman coś wcześniej przygotował, to wiele jego reakcji było całkiem spontanicznych, bo przecież nie mógł przewidzieć wszystkiego. A humor, choć może nie najwyższych lotów, był doskonałą przeciwwagą dla patosu, którym ociekają ich pieśni o wojnie. 

Publiczność dwukrotnie mogła wybrać, jaki utwór chce usłyszeć. Najpierw Joakim zapytał, czy mają zagrać „Into the Fire” czy „Attero Dominatus”. Wynik był chyba oczywisty, bo „Attero…” to jeden z największych hitów zespołu. Później wybieraliśmy między utworami z nowej płyty – „Caroleans Prayer” i „Lifetime of War”. I znowu ten drugi tytuł zyskał większy aplauz. Zastanawiam się, czy wynik nie byłby inny, gdyby zamienić kolejność podawania tytułów. Mam wrażenie, że publika zawsze krzyczy głośniej za drugim razem.

Największe hity Szwedzi zostawili na koniec – „40:1” i „Primo Victoria”, a potem już tylko „Metal Crue”, tym razem niepołączone z „Metal Machine”. Po około 90 minutach muzycy podziękowali, ukłonili się i… tyle. Zabrzmiało outro, które zwiastowało definitywny koniec koncertu. Wprawdzie przed „The Art of War” zespół zespół zszedł na chwilę ze sceny, więc kilka ostatnich utworów można uznać za bisy, ale bisu z prawdziwego zdarzenia nie było, więc pozostał lekki niedosyt i zaskoczenie, że to już koniec.

Sabaton - cały koncert:


Setlista Sabaton:

Ghost Division
Gott mit uns
Carolus Rex
Poltava
Cliffs of Gallipoli
Attero Dominatus
The Hammer Has Fallen
Uprising
Swedish Pagans
Lifetime of War (po szwedzku)
Lion From the North
The Art of War
40:1
PrimoVictoria
Metal Crue

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza