Powiedzmy to sobie od razu: szósty album Eluveitie nie przynosi rewolucji i nie wnosi wiele (żeby nie powiedzieć nic) do wizerunku grupy. Jest kontynuacją poprzedniej, niezwykle udanej płyty, kontynuacją bardzo przyzwoitą, ale i zbyt dosłowną – mam wrażenie, że słucham innej, niestety trochę słabszej, wersji „Helvetios”. Nie zmienia to jednak faktu, że „Origins” to kawał naprawdę dobrej roboty.
Analogii do poprzedniego krążka jest sporo. Na początku i na końcu wykorzystano ten sam patent, czyli narrację, która spina wszystkie utwory swego rodzaju klamrą (intro i outro). Skocznego „Celtos” nie sposób nie skojarzyć z „Luxtos” (i nie chodzi o same tytuły) – mamy zatem kolejny hicior. Podobnie jak na „Helvetios”, znalazły się tu też dwa spokojniejsze kawałki zaśpiewane w całości przez Annę Murphy, jednak one nie wypadają już tak dobrze w zestawieniu z rewelacyjnymi „A Rose for Epona” i „Alesia”. Jeden z nich, singlowy „The Call of the Mountains”, byłby znacznie lepszy, gdyby nie zabrakło słów w refrenie. Można było bardziej postarać się przy pisaniu tekstu, zamiast dosztukowywać refren nuceniem. Chwytliwy motyw przewodni stracił przez to na wyrazistości.

