Eluveitie - "Origins" - recenzja

Eluveitie - Origins recenzja
Powiedzmy to sobie od razu: szósty album Eluveitie nie przynosi rewolucji i nie wnosi wiele (żeby nie powiedzieć nic) do wizerunku grupy. Jest kontynuacją poprzedniej, niezwykle udanej płyty, kontynuacją bardzo przyzwoitą, ale i zbyt dosłowną – mam wrażenie, że słucham innej, niestety trochę słabszej, wersji „Helvetios”. Nie zmienia to jednak faktu, że „Origins” to kawał naprawdę dobrej roboty.

Analogii do poprzedniego krążka jest sporo. Na początku i na końcu wykorzystano ten sam patent, czyli narrację, która spina wszystkie utwory swego rodzaju klamrą (intro i outro). Skocznego „Celtos” nie sposób nie skojarzyć z „Luxtos” (i nie chodzi o same tytuły) – mamy zatem kolejny hicior. Podobnie jak na „Helvetios”, znalazły się tu też dwa spokojniejsze kawałki zaśpiewane w całości przez Annę Murphy, jednak one nie wypadają już tak dobrze w zestawieniu z rewelacyjnymi „A Rose for Epona” i „Alesia”. Jeden z nich, singlowy „The Call of the Mountains”, byłby znacznie lepszy, gdyby nie zabrakło słów w refrenie. Można było bardziej postarać się przy pisaniu tekstu, zamiast dosztukowywać refren nuceniem. Chwytliwy motyw przewodni stracił przez to na wyrazistości.

Koncert Sabaton, Eluveitie, Wisdom - Wrocław, Hala Orbita, 1.03.2013

Sabaton bilet
Do Sabatonu mam stosunek ambiwalentny. Muzyka tej grupy niczym nie zaskakuje, za to przytłacza patosem. Jest wiele zespołów, które bardziej zasługują na rozgłos, jaki zyskali Szwedzi. I nie oszukujmy się – gdyby nie kawałki „40:1” i „Uprising”, chwalące bohaterstwo Polaków, Sabaton nigdy nie pojawiłby się w głównym wydaniu telewizyjnych wiadomości i dalej miałby w Polsce status kapeli niszowej, znanej tylko najbardziej zagorzałym fanom power i heavy metalu. Zamiast w kilkutysięcznych halach nadal graliby w małych klubach (wokalista Joakim Brodén podczas wrocławskiego koncertu wspominał ich pierwszą wizytę w Polsce w roli headlinera – w Krakowie bawiło się wtedy 80 osób, w Warszawie 280). Z drugiej strony, nie można powiedzieć, że nie potrafią porwać tłumów. Na scenie tryskają energią, a chwytliwe, melodyjne hymny doskonale sprawdzają się na żywo. 1 marca 2013 miałem kolejną już okazję, aby się o tym przekonać, choć głównym wabikiem był dla mnie tym razem Eluveitie.

Muzyczne wzloty i upadki 2012

Czas podsumować miniony rok. Poniżej dziesięć płyt, których w 2012 słuchałem najchętniej, oraz pięć rozczarowań.