Arkona - "Yav" - recenzja

Arkona - Yav
Gatunek: folk metal
Data wydania: 25 kwietnia 2014
Wydawca: Napalm Records
Pochodzenie: Rosja
Kup płytę

Dobrze być fanem Arkony. Rosjanie wydają płyty regularnie (od 2004 roku ukazało się siedem długogrających krążków, jedna EP-ka i trzy albumy koncertowe, co w sumie daje 11 wydawnictw w ciągu 10 lat) i co najważniejsze, za każdym razem podnoszą poprzeczkę, a w najgorszym wypadku nie schodzą poniżej ustalonego poziomu. Nie wystawiają swoich fanów na ciężkie próby nagłymi radykalnymi zmianami w swojej muzyce. Są wierni jednemu gatunkowi, a jednocześnie na tyle kreatywni, że nie wpędzają się w pułapkę, w którą wpada wiele zespołów hołdujących od lat jednej stylistyce – tu nie ma mowy o powtarzaniu zgranych patentów i zjadaniu własnego ogona. Każdy album, mimo że utrzymany w tym samym stylu, wnosi coś nowego. I o ile do tej pory następna płyta była zazwyczaj naturalnym rozwinięciem poprzedniej, o tyle na "Yav" Masza "Scream" Archipowa i jej koledzy na nowo definiują pagan metal, rezygnując z tradycyjnych typowo folkowych przyśpiewek, a jednocześnie wciąż czerpiąc z tradycji i zachowując te elementy, które zawsze wyróżniały Arkonę spośród innych kapel tego nurtu.

Początek pierwszego utworu "Zarozhdenie" (gdy wchodzi perkusja i gitara) przypomina wprawdzie wstęp do "Goi, Rode, Goi", ale na tym wszelkie oczywiste skojarzenia się kończą. Można tylko pogratulować Rosjanom, że nie poszli łatwą drogą. Bardzo pozytywny odbiór kawałka "Stenka na stenku" mógł przecież zachęcić ich do stworzenia większej liczby takich przebojów na nowy album. Nic z tych rzeczy. Tym razem nie usłyszymy ani czysto folkowych, tradycyjnych pieśni takich jak "Oj to ne vecher", ani wesołych piosenek w stylu "Yarilo" czy "Kupala i Kostroma", a co za tym idzie, nie znajdziemy tu potencjalnych koncertowych hitów i motywów, które wpadają w ucho po pierwszym przesłuchaniu. Nowe kompozycje właściwie nie nadają się do rytmicznego podskakiwania, nie wspominając już o śpiewaniu czy nuceniu refrenów. Nie znaczy to jednak, że brak im melodyjności – są melodyjne, chwilami bardzo, ale nie tak chwytliwe, jak to bywało do tej pory. 



Na "Yav" znalazło się dziewięć długich, epickich utworów, w których próżno szukać klasycznego piosenkowego podziału na zwrotkę i refren. Muzyka jest trudniejsza w odbiorze i nie "wchodzi" od razu tak jak wcześniejsze propozycje Arkony, trzeba czasu, żeby się wgryźć w ten klimat. Ale paradoksalnie właśnie dzięki temu nowa płyta wciąga bardziej niż jej poprzedniczki i nie ma szans, żeby się szybko znudziła, bo nic tu nie jest przewidywalne i z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywa się coś nowego. Chłodna, niepokojąca atmosfera przytłacza, a jednocześnie hipnotyzuje, sprawiając, że wciąż chce się wracać do tych dźwięków. Słuchając starszych dokonań Arkony, można sobie (przynajmniej chwilami) wyobrażać tańce przy ognisku czy zabawę w ciepły słoneczny dzień. Z "Yav" uderza tylko mróz rodem z Syberii.

Początkowo brakowało mi jakiegoś weselszego i krótszego przerywnika, który pozwoliłby na chwilę odprężenia, ale dość szybko uświadomiłem sobie, że coś takiego po prostu by tu nie pasowało. Ta płyta jest bardzo spójna, od początku do końca króluje mroczny, posępny nastrój, dlatego błędem byłoby zaburzenie go jakąś skoczną piosnką. Wcześniej takie mieszanie klimatów miało sens, bo skrajne elementy występowały nawet w obrębie jednej kompozycji – wystarczy posłuchać "Pamiat" (z "Goi, Rode, Goi"), w której radosne, przebojowe fragmenty przeplatają się z ostrym metalowym łojeniem.



"Yav" to pierwszy album nagrany z nowym perkusistą (Andriej Iszczenko zastąpił Vlada Sokolowa, który jednak zdążył jeszcze nagrać część partii). Niestety, właśnie brzmienie perkusji jest dla mnie największą wadą tego krążka (właściwie jedyną wadą). Bębny są przytłumione, momentami przesunięte na drugi plan, brakuje im dynamiki. Tracą na tym zwłaszcza szybkie blackmetalowe fragmenty, które przez taką produkcję (bo nie można obwiniać o to nowego pałkera) zostały pozbawione odpowiedniej mocy. 

Zrezygnowano z mocno eksponowanych na poprzedniej płycie chórów i orkiestry, co na pierwszy rzut ucha mogłoby sugerować powrót do paganmetalowej surowości z początków grupy i w pewnym sensie tak właśnie jest, jednak ograniczenie instrumentarium (nieznaczne, bo zostały przecież klawisze i etniczne instrumenty dęte) w żaden sposób nie uczyniło muzyki prostszą czy bardziej prymitywną. To bardzo dojrzały i bogaty aranżacyjnie materiał, najbardziej progresywny w historii kapeli.

Istnieje teoria (zresztą potwierdzona wieloma przypadkami), według której piąte wydawnictwo jest ostatnim wielkim dziełem wykonawcy, a później zaczyna się psuć. "Yav" to siódmy album Arkony i choć może nie wszystkim fanom przypadnie do gustu, to na pewno nie można powiedzieć, że forma zespołu spadła albo skończyły się pomysły. Dlatego na koniec powtórzę to, co napisałem na początku: dobrze być fanem Arkony.








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza