Slayer - "Repentless" - recenzja

Slayer - Repentless - recenzja
Data premiery: 11.09.2015
Wydawca: Nuclear Blast

Po śmierci Jeffa Hannemana i odejściu (czy raczej wyrzuceniu) Dave'a Lombardo w Slayerze została połowa oryginalnego składu. Można się więc było obawiać, że nowy album będzie tylko w połowie tak dobry jak wcześniejsze płyty. W końcu obaj panowie odgrywali ważna rolę – ten pierwszy był głównym kompozytorem, ten drugi swoją grą na perkusji wynosił zespół na wyższy poziom. Lombardo, który był jeszcze w kapeli, gdy „Repentless” powstawał, stwierdził później w jednym z wywiadów, że nowe kawałki to nic specjalnego. Kilka utworów opublikowanych przedpremierowo też nie zapowiadało nic ponad przeciętną. Okazało się jednak, że nie jest tak źle. Ba, jest całkiem nieźle.

To, co rzuca się w uszy od razu, to brzmienie – znacznie potężniejsze i bardziej soczyste niż na „World Painted Blood”, który przy „Repentless” brzmi jak demo. Terry Date jako producent wykonał znacznie lepszą robotę niż Rick Rubin i jego pomagierzy. Pod względem kompozycyjnym również jest lepiej. Kerry King, który w całości przejął obowiązki kompozytorskie, dał radę i zaprezentował kilka fajnych pomysłów. Pojawiło się więcej melodii, wbrew pozorom potrzebnej w takiej muzyce. Oczywiście nie ma mowy o żadnym złagodzeniu stylu, ale to właśnie pewna dawka chwytliwości, którą Slayer miał za swoich najlepszych czasów, a potem gdzieś zatracił, sprawia, że muzyka grupy nie jest tylko bezmyślną nawalanką. Kiedyś, dawno temu, w pewnym sklepie muzycznym, podsłyszałem, jak jakiś najwyraźniej mało obeznany z thrash metalem osobnik zapytał sprzedawcy: „A Slayer to jak gra? Ostro z sensem czy ostro bez sensu?”. Różnie ostatnio bywało z tym Slayerem, ale na nowej płycie zdecydowanie gra z sensem.



Znalazło się tu co najmniej kilka naprawdę solidnych riffów (a ostatnio takich brakowało) – na szczególną uwagę zasługuje ten z „Take Control”, dość nietypowy jak na Zabójcę . Więcej niż zazwyczaj dzieje się też w solówkach – są bardziej urozmaicone. Nic się natomiast nie zmieniło w wokalach, ale to akurat dobrze, bo charakterystyczny i charyzmatyczny krzyk Toma Arayi jest jedynym elementem muzyki Slayera, do którego nigdy nie miałem zastrzeżeń. Araya drze mordę aż miło, w ogóle nie słychać w jego głosie oznak starzenia, wręcz przeciwnie, momentami jego wokal jest wyższy niż dawniej, a przez to jeszcze bardziej wściekły (chociażby w numerze tytułowym).

„Repentless” zawiera zarówno kilka szybkich, typowych dla Slayera strzałów („Repentless”, „Take Control”, „Implode”, „You Against You”), jak i parę wolniejszych kompozycji („Pride in Prejudice” czy posępny „When the Stillness Comes”). Nie wiem tylko, co tu robi „Atrocity Vendor”, przecież to bonus z „World Painted Blood”. Czyżby zabrakło muzyki i trzeba było posiłkować się wypełniaczem?

Mamy tu trochę nawiązań do najlepszych dokonań, czyli albumów „Reign in Blood” (w szybszych kawałkach), „South of Heaven” (we wspomnianym „When the Stillness Comes”) i „Seasons in the Abyss” (w tych melodyjniejszych momentach i średnich tempach). A zatem generalnie wszystkiego po trochu, w sprawiedliwych proporcjach. I dobrze, bo dzięki temu nie ma monotonii. Pod tym względem „Repentless” przypomina mi nieco „Divine Intervention”, który też był czymś w rodzaju wypadkowej tych trzech klasycznych płyt. Zresztą nawet okładka nowego krążka jest utrzymana w klimacie „South...”, Reign...” i „Hell Awaits”.

Dla jednych taka powtórka z rozrywki będzie zaletą, dla innych wadą. Może gdyby King dopuścił do głosu Garry'ego Holta, byłoby inaczej – nowy człowiek mógłby wnieść trochę świeżości w mocno zgraną i zastygłą formułę. Ale chyba nikt nie spodziewał się rewolucji – Slayer to Slayer, nagrywa raz lepsze, raz gorsze płyty, ale zawsze w swoim charakterystycznym stylu. I fani za to go kochają. Nikt też chyba nie oczekiwał na tym etapie dzieła na miarę „Reign in Blood”. Nie ma tu co prawda ani jednego utworu, który można by nazwać rewelacyjnym, ale jako całość krążek się broni. I chociaż nie przekonuje tak jak klasyczne albumy, to nie ma powodów do narzekań, zwłaszcza że ta płyta, ani żadna inna pod szyldem Slayera mogła się już nie ukazać.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza