Anathema - "The Optimist" - recenzja

Anathema - "The Optimist" recenzja
Gatunek: progressive/alternative rock
Data premiery: 9.06.2017
Wydawca: Kscope Music
Pochodzenie: Wielka Brytania
www.anathema.ws

Na swojej jedenastej płycie Anathema robi duży krok naprzód. Nie jestem jednak całkowitym optymistą co do tego, czy jest to krok w dobrą stronę i czy zespół sam wie, w jakim kierunku chce podążać. "The Optimist", mimo że jest albumem koncepcyjnym, nawiązującym do wydanego szesnaście lat wcześniej "A Fine Day to Exit", przy pierwszym kontakcie brzmi jak zestaw przypadkowych utworów. Elektronika w "Leaving it Behind" i "San Francisco" kontrastuje z lekko jazzującym "Close Your Eyes", a obok inspiracji Stevenem Wilsonem i Radiohead, słyszalnych już na poprzednich krążkach, odnajdziemy tu też wpływy britpopu i ... po prostu popu, ale tego ambitniejszego i smutniejszego (wesołych piosenek tu na szczęście nie uświadczysz).

Taka różnorodność mogłaby być zaletą, gdyby poszczególne kawałki, oprócz przyjemnie przygnębiającego klimatu i doskonałego brzmienia (bo tych dwóch rzeczy odmówić im nie można), prezentowały odpowiednio wysoki poziom kompozytorski. Niestety większość z nich sprawia wrażenie niedopracowanych i niedokończonych, tak jakby zabrakło pomysłów. Szczególnie słychać to w "Close Your Eyes", który sugeruje, że będzie jakieś rozwinięcie i nagle się urywa. Instrumentalny "San Francisco" powtarza aż przez pięć minut motyw z "Endless Ways", a tekst do "Springfield" składa się z dwóch zdań. Zdaję sobie sprawę, że pewnie tak właśnie miało być, że Anglicy postawili tym razem na minimalizm i budowanie nastroju, tylko po prostu nie do końca mnie to przekonuje. Kompozycje oparte są przeważnie na jednym bardzo prostym motywie, który nie zapada w pamięć, a czasem, gdy jest za bardzo przeciągany, zaczyna nużyc.



Płytę zdominowała Lee Douglas, która z dziewięciu utworów znajdujących się na "The Optimist" (nie licząc intro i instrumentalnego) zaśpiewała cztery sama plus jeden w duecie. Mimo że jest pełnoprawnym członkiem zespołu już od paru lat, a jej śpiew bardzo urozmaica i wzbogaca brzmienie kapeli, to dla mnie głosem Anathemy zawsze będzie Vincent Cavanagh, który tym razem stoi trochę z boku, dzieląc się obowiązkami wokalnymi nie tylko z Lee, ale i z bratem Dannym. Inna muzyka, inne wokale - wszystko to sprawiło, że kilka razy zastanawiałem się, czy to, co słyszę, to na pewno jest Anathema. Nie mam takich wątpliwości tylko w przypadku numeru tytułowego – jedynej naprawdę pełnej kompozycji (choć również prostej), która rozwija się niespiesznie i staje się coraz bardziej intensywna, co wcześniej było znakiem rozpoznawczym Brytyjczyków. Charakterystyczny motyw przewodni przywołuje klimat "Eternity" – tutaj mamy starą, dobrą Anathemę, co prawda w zupełnie nowej, delikatniejszej postaci i bogatszej aranżacji, jednak z zachowaniem tych samych emocji. I właśnie ten utwór, stojąc w kontraście do reszty, pokazuje, jaka ta płyta mogłaby być i jaka nie jest. I nie znaczy to, że nie jestem otwarty na zmiany, bo słucham tej kapeli nieprzerwanie od czasów "Crestfallen", a trochę tych zmian po drodze było.



Tytułowy kawałek to jeden z dwóch głównych powodów, dla których będę do "The Optimist" wracał. Drugi to "Ghosts" – stylistycznie to już zupełnie inna bajka, ale bajka piękna, głównie dzięki urzekajacej linii wokalnej Lee i smykom. Na uwagę zasługuje też "Endless Ways". Pierwsza połowa albumu jest całkiem niezła, druga, oddzielona instrumentalnym przerywnikiem, poza wspomnianym "Ghosts", niestety nie trzyma poziomu. "Can't Let Go", najszybszy utwór w zestawie, jest najsłabszym momentem tego wydawnictwa. Nie trafia do mnie też przedostatni "Wildfires". Lepsze wrażenie robi ostatni "Back to the Start", choć po finale można by oczekiwać czegoś więcej.

Poprzedniego krążka, "Distant Satelites", do szczytowych osiągnięć Anathemy również zaliczyć nie można, jednak jest bardziej spójny i jako całość sprawdza się lepiej. Na "The Optimist" utwory dobre i bardzo dobre przeplatają się z przeciętnymi i słabymi, pozostawiając ogólne wrażenie niedosytu. Może jestem w mniejszości, bo generalnie płyta zbiera całkiem dobre recenzje, ale na tle chociażby "Weather Systems" wypada blado. Jest za to znacznie ciekawsza od "We're Here Because We're Here".

Brzmienie: bez zarzutu
Kompozycje: 6
Oryginalność: 8
Replay (chwytliwość i zapamiętywalność): 4
Ogólna ocena: 6/10




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza