Acid Drinkers - "La part du diable" - recenzja

Acid Drinkers La part du diable
Dzięki płycie "Fishdick Zwei" z coverami takich przebojów jak "Love Shack" czy "Hit the Road Jack" zespołem Acid Drinkers zaczęły interesować się media, które przez lata omijały go szerokim łukiem. Z jednej strony to dobrze, bo kapela zyskała nowych fanów, ale z drugiej - istniała obawa, że Kwasożłopy przechodzą do mainstreamu. Występ na festiwalu w Opolu i w "Szansie na sukces" oraz udział Titusa w "Bitwie na głosy" tylko te obawy potwierdzały. Na szczęście po wysłuchaniu nowego albumu, reklamowanego hasłem "Koniec potańcówki", można odetchnąć z ulgą. Acid Drinkers wciąż gra metal. Jednak już nie najwyższej próby. 

W porównaniu z poprzednim autorskim materiałem, nowoczesnym i poważnym "Verses of Steel", nowy krążek jest zrobiony bardziej na luzie. Od razu słychać, że to Acids, a nie jakaś neothrashowa kapela z Ameryki z wokalem Titusa. Ta kwasowość jest odczuwalna po części dlatego, że słychać tu echa wcześniejszych płyt, głównie "Acidofilii", "Broken Head" czy "Rock Is Not Enough" (choć jeśli już, to wolałbym nawiązania do jeszcze starszych dokonań). Nie oczekuję od Drinkersów wymyślania nowego gatunku, ani tym bardziej podążania za tym, co obecnie jest modne. Nie wymagam też, żeby było tak luzacko jak na czterech pierwszych albumach. Czekałem przede wszystkim na solidną porcję metalu z wyrazistymi riffami i chwytliwymi refrenami w roli głównej, czyli coś, co zawsze było domeną tego bandu. I tu pojawia się problem, bo "La part du diable" słucha się całkiem przyjemnie, jednak gdy wybrzmią ostatnie dźwięki, niewiele zostaje w głowie. Po kilkunastu przesłuchaniach nie byłem w stanie przypomnieć sobie ani jednego refrenu czy riffu, który zachęcałby do ponownego przesłuchania płyty. Przeprowadziłem nawet pewien eksperyment – słuchając nowego dzieła Kwasożłopów, zajmowałem się czymś jeszcze, np. czytaniem. Okazuje się, że muzyka zawarta na LPDD nie przeszkadza w innych czynnościach, świetnie sprawdza się jako tło, ale ani przez chwilę nie absorbuje mojej uwagi w całości. A na wcześniejszych płytach zawsze były takie fragmenty, które zmuszały mnie, żebym rzucił wszystko w diabły i po prostu delektował się dźwiękami, rytmicznie przy tym przytupując lub machając główką.

Żaden z następców Licy nie miał i nie ma takiego talentu do zapadających w pamięć kompozycji (przy całym szacunku dla wszystkich tych panów). Efekt jest taki, że po 13 latach brak współzałożyciela jest wciąż mocno odczuwalny. Wyobraża sobie ktoś koncert, na którym Acid gra tylko kawałki od "Amazing Atomic Activity" w górę? Ja nie. Natomiast jak najbardziej wyobrażam sobie set (a nawet o takim marzę) wyłącznie ze starym materiałem (do "High Proof Cosmic Milk" włącznie). 

Nie zmienia to faktu, że Acid Drinkers to zawodowcy, którzy nigdy nie zeszli poniżej pewnego poziomu. W końcu to zespół złożony z doskonałych muzyków. Największym plusem nowego albumu są rewelacyjne solówki Popcorna. Dobrą robotę odwalił też Titus, któremu tym razem nie można zarzucić monotonii – jego wokale są zróżnicowane i momentami nieco inne od tego, do czego nas przyzwyczaił przez ostatnie lata. O Ślimaku nawet nie wspominam, bo to klasa sama w sobie i jego bębnienia zawsze słucham z przyjemnością. A backing (a czasami i lead) vocals Jankiela pasują do muzyki Acidów o wiele bardziej niż prawie growling śp. Olassa.

Mamy tu kilka szybkich thrashowych strzałów, a dla przeciwwagi elementy stoner metalu i nawiązania do późniejszych dokonań Pantery i Machine Head – dla każdego coś miłego, mnie akurat bardziej do gustu przypadły te rozpędzone, typowo acidowe kawałki. Materiał ma potencjał koncertowy i pewnie dobrze będzie się sprawdzał na żywo, a gdy Titus zapyta, czy "pasuje", wszyscy zakrzykną "Pasuje!". Ale czy za parę lat ktoś będzie się domagał konkretnych utworów z tej płyty? Nie sądzę. W każdym razie ja nie mam na "La part du diable" swojego faworyta. Nie do końca satysfakcjonuje mnie singlowy "Old Sparky", ani też "The Trick", zachwalany za refren - według mnie tam w ogóle nie ma refrenu, tylko bridge, po którym powinien nastąpić refren… ale nie następuje. Nie znaczy to, że wszystkie numery są słabe. Wręcz przeciwnie - większość jest naprawdę dobra, ale tylko dobra lub mówiąc inaczej: solidna. Żadnego jednak nie umieściłbym na składance typu The Best Of i żaden nie wzbudza we mnie chęci zgwałcenia przycisku play.

Często słyszę, że jeśli chodzi o rodzime cięższe granie, Acid Drinkers nie mają sobie równych. Może to i prawda, ale nie ma sensu porównywać ich do polskich kapel. Gdyby Titus i koledzy nie pochodzili z Poznania, tylko ze Stanów albo z Anglii, albo po prostu mieli w tamtych czasach trochę więcej szczęścia, to dzięki takim płytom jak "Are You a Rebel", "Dirty Money, Dirty Tricks" czy "Infernal Connection" byliby pewnie światowymi gwiazdami. Teraz już raczej nie ma na to szans - ostatnie albumy Kwasożłopów nie są już konkurencyjne w stosunku do muzyki, która dociera do nas z Zachodu, a Titusowi pozostaje jedynie udawanie zachodniej gwiazdy poprzez używanie angielskiej składni na polskich koncertach (np. zapowiadanie utworu słowami: "Ten jest z Infernal Connection album").







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza