Tiamat - "The Scarred People" - recenzja

Tiamat The Scarred People
Czego ten Tiamat już nie grał? Szwedzka ekipa dowodzona przez Johana Edlunda zaczynała od topornego (jak na dzisiejsze standardy) death/doom, do którego z czasem zaczęła wplatać elementy rocka progresywnego, mocno inspirowanego Pink Floyd. Na "A Deeper Kind of Slumber" odlecieli całkowicie w progresywne klimaty, żeby wraz z następnym albumem zrobić zwrot w kierunku rocka gotyckiego. Poprzednia płyta, "Amanethes", była nieśmiałą (i w sumie niezbyt udaną) próbą powrotu do cięższego grania. Wygląda jednak na to, że gotycka stylistyka najbardziej odpowiada Edlundowi, bo postanowił do niej wrócić. 

"The Scarred People" jest kontynuacją tego, co mogliśmy usłyszeć ponad dekadę wcześniej na "Skeleton Skeletron" i "Judas Christ". Już od samego początku jest jasne, że lider Tiamat dużo ostatnio słuchał Sisters of Mercy. Mało tego, wokalnie coraz bardziej przypomina Andrew Eldritcha (posłuchajcie "384" czy "Love Terrorists"). Jednocześnie nie zapomina o Pink Floyd, bo nie dość, że przeważają wolne tempa, to gdzieniegdzie przemknie jakaś floydowska solówka. 

Otwierający krążek utwór tytułowy to dość szybki, energetyczny (jak na gotyk) numer w stylu "Brighter Than The Sun" czy "Cold Seed", choć więcej w nim mroku. Dalej robi się monotonnie – kilka następujących po sobie kawałków utrzymanych w bardzo podobnym średnio-wolnym tempie sprawia, że zaczynam przysypiać jeszcze przed półmetkiem. Budzi mnie "Radiant Star" z chwytliwym refrenem i pierwszą na płycie solówką. Ale budzi tylko na chwilę, bo przy "The Sun Also Rises" mam wrażenie, że od 15 minut słucham tego samego utworu. Wrażenie to potęguje "Before Another Willbury Dies" – krótki instrumental brzmiący jak solo odcięte od poprzedniej piosenki i zapakowane w osobną ścieżkę. Czas więc na kolejną drzemkę. 

"Love Terrorist" przyspiesza wprawdzie tylko w refrenach, ale to już jakieś urozmaicenie. Niestety "Messinian Letter" znowu zniechęca. Chyba miał być czymś w rodzaju ballady, bo odstaje od posępnego klimatu płyty, ale przy wolnych tempach większości utworów trudno cokolwiek nazwać balladą. Szybciej proszę, bo wpadnę w deepest kind of slumber! No, nareszcie - "Thunder & Lightning", najszybszy w zestawie, działa jak mocna kawa albo orzeźwiający prysznic. Mimo że nie jest rewelacyjny, to był tutaj bardzo potrzebny. Następny w kolejności, "Tiznit", to taki akustyczny, instrumentalny przerywnik, który bardziej pasowałby do "Wildhoney".

Żeby było jasne - nie przeszkadzają mi wolne tempa, bo Tiamat do demonów szybkości nigdy nie należał i to było jego wyróżnikiem. Problem w tym, że całość nie jest ani odkrywcza, ani zbyt chwytliwa, nie zniewala też klimatem – a "Wildhoney" i do pewnego stopnia również "A Deeper Kind of Slumber" posiadały wszystkie te atuty. 

Tego, komu udało się dobrnąć do tego momentu (płyty, nie recenzji), czeka nagroda w postaci zaskakującego finału. Szwedzi zostawili bowiem najlepsze na koniec. "The Red of the Morning Sun" to najciekawszy utwór na "The Scarred People", mocno wyróżniający się klimatem – to jest właśnie Tiamat, jakiego mi brakowało. Coś, czego nie da się tak po prostu przyrównać do Sisters of Mercy ani Pink Floyd. Nie można było tak od razu? Ale to nie koniec atrakcji, bo na edycji limitowanej znalazły się dwa rewelacyjne covery. Pierwszym jest "Born to Die" z repertuaru Lany Del Rey - wybór może zaskakiwać, ale w zestawieniu z całością ta piosenka brzmi bardziej tiamatowo niż większość autorskich kompozycji zawartych na tym krążku. Podobnie zresztą jest z drugim coverem - "Paradise" Bruce’a Springsteena, zaśpiewanym przez Andersa Iwersa. Basista po raz pierwszy w historii zespołu udziela się wokalnie i aż szkoda, że postanowił to zrobić dopiero teraz, bo poradził sobie świetnie. O ile Edlund ze swoją chrypą zawsze kojarzył mi się bardziej z Davidem Gilmourem, o tyle Iwers ma coś z Rogera Watersa. No i ta solówa - chyba tylko Tiamat potrafi ze Springsteena zrobić Pink Floyd. 

Jak wspomniałem, covery stanowią tu tylko bonusy, ale nie wyobrażam sobie słuchania "The Scarred People" bez nich. To, że dwa z trzech najlepszych utworów to cudze kompozycje, może dla niektórych być argumentem, że zespół nie ma już nic ciekawego do zaprezentowania. Ale covery też trzeba umieć grać, a Tiamat zrobił z nich swoje kawałki. Nie obraziłbym się, gdyby następny album Johana i spółki zawierał same przeróbki - jeśli tylko będą zrobione tak jak te dwie.

"The Scarred People" to mimo wszystko całkiem udana płyta, znacznie lepsza niż dwie poprzednie. Gdyby zmienić kolejność utworów, tak żeby te podobne do siebie nie występowały jeden po drugim, to całości słuchałoby się pewnie o wiele lepiej. A tak mamy dobry początek, nużący, przydługi środek i mocny finał. Z drugiej strony, Tiamat zawsze nagrywał nierówne albumy, na których genialne numery przeplatały się z przeciętnymi czy wręcz niepotrzebnymi. "The Scarred People" pozostawia po sobie jednak dobre wrażenie, głównie dzięki końcowej trójce, która sprawia, że mam ochotę wciąż wracać do tego krążka i znów trochę z nim powalczyć. 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza