Metallica - 72 Seasons - recenzja

Metallica - 72 Seasons


Gatunek: heavy/thrash metal
Data premiery: 14.04.2023
Wydawca: Blackened Recordings

Za każdym razem, gdy Metallica wydaje nową płytę, pojawia się masa komentarzy typu: Jak oni mają czelność grać coś innego niż thrash!, Jakim prawem w ogóle jeszcze istnieją itp. No to tak dla przypomnienia: Metallica przestała grać thrash metal ponad 30 lat temu. Nie chce i nie musi. Kropka. „Thrash till Death”? Nie, to nie ten zespół. Zresztą, gdy Hetfield i spółka nagrywali pierwszą płytę, pojecie „thrash metal” jeszcze nie istniało, a już rok później ten styl okazał się dla nich zbyt ograniczający, stąd na „Ride the Lightning” wolniejsze tempa i akustyczne gitary (i już wtedy pojawiły się oskarżenia o sprzedanie się!). Ocenianie nowych płyt zespołu na podstawie zawartości thrash metalu nie ma więc sensu.

Metallica to nie jest kapela, która stoi w miejscu. Każda płyta Amerykanów była trochę inna i niemal każda zaskakiwała czymś nowym – jednych pozytywnie, innych wręcz przeciwnie, ale każdy album wnosił coś nowego do ich wizerunku. Na „Load” na przykład połączyli klasycznego rocka z grunge’em i rockiem alternatywnym. Na „St. Anger” wykorzystali elementy nu metalu. Od „Death Magnetic” zaczęli inspirować się wyłącznie własną twórczością i zamiast zaskoczeń serwowali nam recykling starych riffów i solówek. W przypadku „Death Magnetic” to było OK – taki był pomysł, żeby po latach eksperymentów wrócić, przynajmniej częściowo, do klasycznego stylu. Jednak już „Hardwired... to Self-Destruct” pokazał, że pomysłów zabrakło. To było pierwsze wydawnictwo Metalliki bez wyraźnego kierunku, taka zbieranina przypadkowych kawałków w różnych stylach, od „Kill ‘Em All” do „Load”. 

Pod tym względem „72 Seasons” wypada znacznie lepiej. Niby przyrządzony został z tych samych składników, jednak jest bardziej spójny i lepiej słucha się go jako całość. Można by powiedzieć, że „72 Seasons” to momentami taki bardziej metalowy „Load” albo bardziej rockowy „Czarny Album” z dodatkiem szybkich temp, których na krążku z 1991 brakowało. Jednak tak naprawdę tym razem Metallica cofnęła się do swoich muzycznych korzeni. Ale nie tych z „Kill ‘Em All”, tylko tych, dzięki którym w ogóle się zrodziła, czyli heavy metalu z lat 70. i początku 80. Od Black Sabbath po New Wave of British Heavy Metal. Przypomnijcie sobie chociażby takie covery jak „Blitzkrieg”, „It’s Electric” czy „Breadfan” – ducha tej muzyki słychać praktycznie przez cały czas trwania albumu. Najdobitniej oczywiście w „Lux Æterna”, będącym ewidentnym hołdem dla NWOBHM – charakterystyczny riff, szybkie tempo, wysoko zaśpiewany refren, a słowa „lightning the nation” to oczywiste nawiązanie do płyty „Lightning to the Nations” Diamond Head, z której Metallica scoverowała aż pięć z siedmiu utworów. Ale w tym kawałku słychać też wpływy innego zespołu ze słowem „head” w nazwie. Metallica nie udaje już, że gra thrash metal. I dobrze. Nic na siłę.


Metallica - Lux Æterna


Taki kierunek świetnie zresztą koresponduje z motywem przewodnim albumu, którym jest pierwszych 18 lat życia i ich wpływ na dorosłość. Tak kiedyś brzmiał heavy metal i właśnie taka muzyka ukształtowała nastoletniego Jamesa Hetfielda i Larsa Ulricha i sprawiła, że postanowili założyć zespół. Metallica na „72 Seasons” pokazuje, skąd się wzięła. Zupełnie nie przeszkadza mi więc, że to wszystko już słyszeliśmy, bo dopiero na tej płycie nabrało to sensu i odpowiedniego kształtu. Co prawda na przykład w „Lux Æterna” pojawia się przejście żywcem wyjęte z „Hit the Lights”, główny riff w „Sleepwalk My Life Again” bardzo przypomina ten z „Enter Sandman”, a „You Must Burn” to taka nowa wersja „Sad But True”, ale nie denerwuje to tak jak niektóre momenty na „Hardwired...”, nie słychać, że cokolwiek jest robione na siłę. A to dlatego, że jest tu masa świetnych, zróżnicowanych riffów – tych ciężkich i tych melodyjnych, a do tego fajne zagrywki przed- i posolówkowe i trochę gitarowych harmonii. Tak, ten krążek zdecydowanie stoi riffami. 

Mimo wszystko jednak brakuje jakiegoś choćby drobnego elementu zaskoczenia, czegoś, co wniosłoby odrobinę świeżości. Nie chodzi o wytyczanie po 40 latach nowego kierunku, ale od zespołu tej klasy można by oczekiwać czegoś więcej niż tylko modyfikowania tego, co już kiedyś nagrał lub nagrali inni. Na „Hardwired...” czymś takim były utwory „Halo on Fire” i „Spit Out the Bone”, które jako jedyne nie kojarzą się jednoznacznie z konkretnymi kawałkami z przeszłości. 

Lux to światłość. I muzyka na „72 Seasons” jest bardzo... jasna, wręcz optymistyczna, cholernie melodyjna (choć nie tak przebojowa jak „Czarny Album” czy „Load”), w większości bez tego charakterystycznego dla Metalliki mroku i patosu. Dźwięki często kontrastują z poważnymi tekstami, co może wprowadzać lekki dysonans. Najlepszym przykładem jest chyba „Screaming Suicide” – tak ważny i ponury temat został zilustrowany radosną wręcz muzyką. Jest tu więc pewien dysonans, który można uznać za wadę.

James Hetfield, jak na faceta dobiegającego sześćdziesiątki, wciąż ma w głosie siłę i energię, chociaż nie da się ukryć, że czas odcisnął na jego wokalu piętno. Wcześniej swobodnie przechodził od czystego śpiewu do chrypki, teraz chrypa towarzyszy mu przez cały czas z małymi wyjątkami, czy tego chce, czy nie. Ale to nie przeszkadza, a wręcz czasami nadaje charakteru. Jest jednak parę tzw. kiksów – w kilku kluczowych momentach, najczęściej w wyższych partiach, głos mu się na ułamek sekundy załamuje. A przecież można to było poprawić w studiu. To jednak tylko drobne wpadki, bo ogólnie frontman Metalliki wykonał kawał dobrej roboty, a w paru momentach autentycznie zadziwia, chociażby w refrenie „Chasing Light”. A słuchając spokojnego fragmentu „Inamorata”, nie mogę przeboleć, że nie ma tu żadnej ballady. James zdecydowanie na tym albumie się nie oszczędza. 


Metallica - If Darkness Had a Son


Wokale i riffy to najmocniejsze elementy „72 Seasons”. Najsłabszym są natomiast solówki Kirka – większość z nich bez pomysłu, bez polotu, zupełnie nie zapada w pamięć. A przecież sola w Metallice do „Czarnego Albumu” włącznie były takimi małymi dziełami sztuki, utworami w utworze. Tutaj Hammett wykorzystuje do znudzenia te same zagrywki, te same zgrane patenty. To dziwne, bo na solowej EP-ce „Portals” pokazał, że dobrych pomysłów mu nie brakuje i daleki jest od wypalenia. Owszem, jego solówki pasują do kompozycji, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że popadł w rutynę. Sola na „Load” też były proste, ale na każdą był jakiś pomysł i każda miała swoje brzmienie. Kirk ma jednak kilka dobrych momentów, choćby w takim „Crown of Barbed Wire”.

I tutaj widać jak na dłoni największy problem Metalliki – brak dobrego producenta. PRODUCENTA, nie inżyniera dźwięku! Greg Fidelman przez większość swojej producenckiej kariery był asystentem Ricka Rubina, facetem od pokręteł i miksów, a samodzielnych produkcji, zwłaszcza tak dużego kalibru, ma na swoim koncie niewiele. Metallica potrzebuje kogoś, kto będzie miał na tyle jaj i na tyle autorytetu w oczach kapeli, żeby powiedzieć: Kirk, popracuj jeszcze nad tą solówką; James, spróbuj zaśpiewać to w ten sposób; ten riff tu nie pasuje; ten fragment jest za długi itd. Można obwiniać Boba Rocka za złagodzenie brzmienia na „Load”, a potem jego zepsucie na „St. Anger”, ale to był gość, który nie bał się powiedzieć Kirkowi: „Zostałeś gitarzystą roku, więc pokaż, co potrafisz”. Z dobrym producentem „72 Seasons” mógłby spokojnie zyskać co najmniej jedno oczko we wszelkich punktacjach.

Było o Jamesie i Kirku, to jeszcze słówko o Robercie. Jest go jakby więcej, jego bas jest bardziej słyszalny i potężniejszy niż na poprzednich produkcjach, szczególnie fajnie chodzi w „Sleepwalk My Life Away”. Dwa razy ma też solowe intro, tylko szkoda, że to jest takie bam, bam, bam, a nie jakiś konkretny motyw, jak chociażby wstępy Jasona w „The God that Failed” i „My Friend of Misery”, o Cliffie nawet nie wspominając. A Lars? Lars to Lars. Niczym nie zaskakuje, w wielu momentach denerwuje schematycznością, ale jego styl i brzmienie są tak charakterystyczne, że po samej perkusji można rozpoznać, jaki to zespół. A to jego granie riffów na perkusji na pewno dodaje kompozycjom dynamiki.


Metallica - 72 Seasons


Często pojawiają się zarzuty, że nowe utwory są za długie. Gdyby „Enter Sandman”, jeden z największych hitów Metalliki, nie pojawił się na „Czarnym Albumie”, tylko ukazał się dzisiaj, to wielu też by marudziło, że wstęp i zakończenie są za bardzo przeciągane, że utwór jest za prosty, oparty na jednym riffie i w sumie to nic specjalnego. Z drugiej strony na „72 Seasons” jest kilka utworów, które, gdyby ukazały się na płycie z wężem, wzbogaciłyby i urozmaiciły ten krążek. Ja tutaj dłużyzn nie słyszę, większość kawałków ma po dwie zwrotki, a nie trzy jak w starszych kompozycjach, i nawet w najdłuższym utworze w historii Metalliki, 11-minutowym „Inamorata”, trudno byłoby coś skrócić, a tych 11 minut przelatuje wyjątkowo szybko. Ta muzyka po prostu sobie płynie i nie mam wrażenia, że to jest przekombinowany zlepek riffów, tak jak w niektórych numerach z „Hardwired...” czy „Death Magnetic”. Oczywiście, w starszych utworach działo się o wiele więcej, ale szczerze mówiąc, momentami bardziej męczą mnie dłużyzny i powtórzenia na „...And Justice For All”, nie mówiąc już o „St. Anger”.

Metallica rozpieściła nas genialną muzyką z pierwszej dekady swojej działalności. Od tego czasu analizujemy każdy dźwięk i dobra lub przyzwoita płyta tego zespołu to dla nas za mało, bo chcemy Metalliki wybitnej. „72 Seasons” nie jest wybitna, nie jest doskonała. Ale jest dobra, momentami bardzo dobra, momentami tylko przyzwoita.

Jeśli jedyna Metallica, jaką uznajecie, to ta z pierwszych czterech płyt, to „72 Seasons” się wam nie spodoba i tu nie ma o czym rozmawiać. Ale jeśli ktoś lubi późniejsze krążki, to polubi też „Żółty Album” – może nie od razu, ale za parę miesięcy czy parę lat, gdy emocje opadną i będzie można posłuchać tej płyty bez uprzedzeń i bez jakiegokolwiek nastawienia. Tak to już jest z muzyką Metalliki, że wymaga czasu.







Utwory:

1. 72 Seasons
2. Shadows Follow
3. Screaming Suicide
4. Sleepwalk My Life Away
5. You Must Burn!
6. Lux Æterna
7. Crown of Barbed Wire
8. Chasing Light
9. If Darkness Had a Son
10. Too Far Gone?
11. Room of Mirrors
12. Inamorata


Skład:
James Hetfield - wokal, gitara rytmiczna
Lars Ulrich - perkusja
Kirk Hammett - gitara prowadząca
Robert Trujillo - bas



Podobne


Metallica - Hardwired... to Self-Destruct recenzja





1 komentarz: